Strajk generalny na Białorusi. Łukaszenka twierdzi, że nowe wybory, dopiero po nowej konstytucji

Zdaniem Piotra Andrusieczko, dziennikarza i korespondenta z Europy Wschodniej strajk generalny może bardzo mocno uderzyć w białoruski reżim. - Ten krytyczny moment dla tej władzy, to mogą być te strajki - ocenił.
Zobacz wideo

Kilkanaście największych białoruskich przedsiębiorstw bierze dzisiaj udział w strajku generalnym. To m.in. Mińska Fabryka Samochodów, stołeczny zakład ciągników kołowych, zakłady chemiczne w Grodnie czy kopalnie soli potasowych i fabryki nawozów sztucznych w Salihorsku. Oprócz robotników protestują też kolejarze, służby miejskie, medycy, a nawet dziennikarze państwowych mediów.  Ich pracownicy domagają się między innymi odejścia Alaksandra Łukaszenki.

Białoruski przywódca, według którego "kolektywy pracownicze są buntowane przez wrogie siły" przyleciał dzisiaj do Mińskiej Fabryki Ciągników Kołowych. - Tak, jak wy nie za bardzo rozumiem w czym problem - mówił do tamtejszych robotników. - Odejdź - apelowali jednak do rządzącego od 26 lat Łukaszenki robotnicy. Popołudniu Łukaszenka powiedział też - wg agencji RIA - że nowe wybory mogą się odbyć, dopiero po przyjęciu nowej konstytucji.

O nastrojach w Mińsku opowiadał w TOK FM korespondent z Europy Wschodniej, współpracujący z "Gazetą Wyborczą" i serwisem Outriders, Piotr Andrusieczko. 

- Jestem teraz przed mińską fabryką silników, gdzie przyszli pracownicy z innych zakładów - już strajkujących - po to, żeby wyciągnąć swoich kolegów z tego zakładu, żeby przyłączyli się również do strajku - relacjonował ok. godz. 13 dziennikarz. Jak mówił, kilkanaście minut szedł od jednego zakładu do drugiego z kolumną pracowników rozciągniętą na około 1-1,5 km. - Oni chodzą od zakładu do zakładu, prosząc o przyłączenie się innych do swojego protestu. Mówią, że oni się też boją, ale po prostu dalej tak jak było być nie może i chcą zmian - opowiadał. 

Blokada na podcaście? Odblokuj wszystkie podcasty za 5 zł

W programie Połączenie Jakub Janiszewski pytał dlaczego obecnie białoruska władza pozwala, aby protesty trwały. Na ulicach jest już bowiem zdecydowanie mniej przedstawicieli służb, które w pierwszych dniach demonstracji zatrzymały - nierzadko brutalnie - około 7 tys. osób. 

- Wydaje mi się, że nie ma jednego elementu, który to wywołał. Z jednej strony myślę, że skala protestów spowodowała, że stosunek władzy się zmienił i przede wszystkim to, że nie udało się w ciągu tych pierwszych kilku dni złamać ducha osób, które chodziły na protesty, nie udało się ich zastraszyć - ocenił gość TOK FM. 

Andrusieczko zaznaczył, że ważna jest także kwestia ekonomiczna. - Wydaje się, że w obecny reżim strajk generalny może mocno uderzyć: czyli im większa liczba zakładów przyłączy się do niego, tym bardziej będzie to odczuwalne (...) Strajki to może być krytyczny moment dla władzy - mówił, podkreślając jednocześnie, że liczą się także naciski płynące zza granicy. 

Zwrócił także uwagę na niechęć Łukaszenki do pożegnania się z władzą. - To jest człowiek, który w żaden sposób nie chce, nie może, nie jest w stanie pożegnać się z władzą, natomiast nie wiem czy on jest w stanie na dłuższą metę kontrolować sytuację u siebie w kraju. Dla niego podstawy władzy są coraz wydaje się - przynajmniej, obserwując to, co się dzieje w Mińsku i widząc te tysiące robotników, którzy strajkują - że one są coraz słabsze - stwierdził Andrusieczko. 

Protesty na Białorusi

Protesty przeciwko sfałszowaniu wyborów trwają od niedzieli 9 sierpnia. Zatrzymano, w tym w wielu przypadkach - brutalnie, blisko 7 tys. osób. Wiadomo również, że co najmniej dwie osoby zginęły. W niedzielę na ulice Mińska i innych miast wyszły setki tysiące Białorusinów w największych w historii kraju pokojowych manifestacjach.

DOSTĘP PREMIUM