Lekarze z Omska zezwolili na przewiezienie Nawalnego za granicę. "Żona wiedziała, do kogo należy zwracać się z żądaniem"

- Żona Nawalnego żąda, żeby go przewieźć. Nie ma wątpliwości, co się dzieje i wie, do kogo należy z takim żądaniem się zwracać. I dlaczego z żądaniem, a nie z prośbą - mówiła na antenie TOK FM analityczka ds. Rosji Jadwiga Rogoża. Wygląda na to, że miała rację. Lekarze zezwolili w końcu na transport opozycjonisty za granicę.
Zobacz wideo

Jadwiga Rogoża z zespołu rosyjskiego z Ośrodka Studiów Wschodnich w rozmowie z Agnieszką Lichnerowicz analizowała sytuację Aleksieja Nawalnego, opozycjonisty przetrzymywanego w szpitalu w Omsku. 

Nawalny do szpitala trafił w czwartek rano. Poczuł się źle na pokładzie samolotu, którym wracał z Tomska. Współpracownicy od początku sygnalizowali, że Nawalny mógł zostać otruty, bo nie jadł niczego przed wylotem, wypił tylko herbatę na lotnisku.

Od wielu godzin niemiecki samolot czeka, żeby przewieźć Nawalnego z Omska na Syberii do Niemiec. Nie zgadzali się na to rosyjscy lekarze. Według nich Nawalny nie został otruty, tylko zaszkodziła mu "chemiczna substancja przemysłowa", którą znaleziono na jego ubraniu. Prokremlowska telewizja Russia Today przekonywała za to, że po prostu spadł mu poziom cukru.

W piątek późnym popołudniem lekarze pozwolili wreszcie na przetransportowanie Nawalnego za granicę.

- Żona Nawalnego żąda, żeby go przewieźć. Nie ma wątpliwości, co się dzieje i wie, do kogo należy z takim żądaniem się zwracać. I dlaczego z żądaniem, a nie z prośbą. Zbyt często słyszymy uniżone prośby do prezydenta, kiedy mamy podejrzenia, że państwo stoi za przestępstwami - mówiła w "Światopodglądzie" Jadwiga Rogoża. 

Podcast jest zablokowany? Za 5 złotych odblokujesz wszystkie!

- Nawalny wydawał się więźniem, zakładnikiem szpitala. Przy czym jako zakładników można określić również lekarzy. W szpitalu byli funkcjonariusze różnych struktur siłowych, w tym Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Siedzą w gabinecie ordynatora, blokowali żonie Nawalnego dostęp do niemieckich lekarzy, którzy także są w tym szpitalu - dodała.

Rogoża stwierdziła też, że trudno poważnie komentować ogłoszone "diagnozy", jak np. tę o spadku cukru.

- Cała ta otoczka przypomina operację specjalną - poczynając od lekarzy, po cyniczne salwy medialne, które wypuszczają propagandziści Kremla. Służby są wykonawcami tego odcinka operacji specjalnej, który oglądamy teraz - stwierdziła ekspertka.

Mówiła, że nie wiemy, czy zlecenie było na zabicie Nawalnego, na spowodowanie trwałego uszczerbku na zdrowiu, czy "na zastraszenie Nawalnego tak mocno, żeby to odniosło w końcu skutek".

Przypomniała też, że nie jest to pierwsza próba otrucia Nawalnego. - Rok temu, kiedy Nawalny przebywał w areszcie śledczym, wydarzyło się coś, co było o wiele mniej poważne, ale miało znamiona otrucia. Kilka lat temu był oblewany toksyczną substancją, co groziło mu utratą wzroku - wymieniała kolejne próby zastraszenie opozycjonisty. 

Jak zauważyła analityczka, w Rosji w ogóle "można mówić o czarnej serii otruć lub prób otrucia oponentów politycznych Kremla". 

- Dla mnie dramatycznym przykładem jest Anna Politkowska, którą dwa lata przed zastrzeleniem próbowano otruć. Leciała wtedy do Biesłanu, gdzie miał miejsce atak terrorystyczny. Chciała dociekać prawdy, co tam się dzieje. Na pokładzie samolotu dostała herbatę z jakimś wkładem - Rogoża przypomniała historię dziennikarki, która patrzyła władzy na ręce. 

Tłumaczyła, że Nawalny jest poważnym oponentem politycznym i dlatego przeszkadza Kremlowi. - Jest niekwestionowanym przywódcą opozycji. Kanał na YouTubie Nawalnego ma cztery miliony obserwatorów, więc jego działalność ma wymiar nie tylko polityczny, ale i informacyjny, antykorupcyjny, obywatelsko-organizacyjny - mówiła w TOK FM. Jak podkreśliła, dotychczas nie dawał się zastraszyć. 

DOSTĘP PREMIUM