Hiszpanie każdego roku bestialsko mordują tysiące psów. Dlaczego świat na to nie reaguje?

Są podpalane, zakopywane żywcem lub wieszane na drzewach. Mowa o Galgo Espanol - chartach hiszpańskich, które w czasie polowań nie spisywały się tak dobrze, jak oczekiwali ich właściciele - myśliwi. Aby zmyć z siebie ten "blamaż", bestialsko zabijają psy. Każdego roku życie traci tak tysiące zwierząt. Nie, nie w krajach Trzeciego Świata. W Europie.
Zobacz wideo

- Na pierwszą galgę czekałem aż dwa lata - mówi Szymon Bednarz, który cztery lata temu przywiózł do swojego domu Summer. Miała wówczas trzy-cztery lata. Została zabrana z perreras, czyli czegoś w rodzaju państwowego schroniska. Choć trudno nazwać "schroniskiem" miejsce, w którym tracisz życie, jeśli przez kilkanaście dni nie znajdziesz domu, bo hiszpańskie prawo dopuszcza eutanazję psów. Jak mówi pan Szymon - perreras określane są czasem jako stacje śmierci. W biedniejszych rejonach, gdzie psów jest naprawdę dużo, zwierzęta są po prostu zagazowywane. 

Charty w Hiszpanii to psy pracujące. Traktowane są jak narzędzia, które swoim właścicielom (galgueros - hiszpańskim myśliwym) muszą przynosić określone profity. Nie tylko zwierzynę i pieniądze, ale też dumę i sławę. Jeśli tego nie robią - ponoszą surowe konsekwencje. Wszystko po to, aby galguero mógł "zmyć" z siebie pewnego rodzaju blamaż czy dyshonor, który przyniósł mu jego pies.

W mediach społecznościowych znaleźć można różne drastyczne opowieści i zdjęcia przedstawiające okaleczone zwierzęta, które udało się uratować. Znajdowane są też masowe groby chartów, które nie miały tyle szczęścia. - Te opowieści niestety nie są przesadzone. Psy są porzucane, podpalane, zakopywane żywcem. Mówi się też o wieszaniu galgo na drzewach i "graniu na fortepianie" - wskazuje Bednarz. Na czym owa "gra" polega? Psy przywiązuje się za szyje w taki sposób, że nie dosięgają łapami do ziemi. Powoli duszą się, walcząc o każdy oddech i wydają przy tym charakterystyczne dźwięki. Umierają kilka dni w prawdziwych męczarniach. - To jest straszne, aż mam ciarki, kiedy o tym myślę - mówi pan Szymon.

W sezonie łowieckim galguero potrafi mieć kilkadziesiąt psów. Ich zdobycie nie jest trudne. Charty można kupić bardzo tanio, ledwie za 10 euro. Podobny los spotyka także psy rasy podenco - również są wykorzystywane do polowań i również muszą ponieść konsekwencje, jeśli nie spełniają oczekiwań właścicieli.

Trudno dokładnie oszacować, ile zwierząt w tak okrutny sposób traci życie, bo wiele psów nie zostaje nigdzie zgłoszonych ani rejestrowanych. W internecie można znaleźć szacunki liczące między 50 a 100 tysięcy zwierząt rocznie. Choć nasz rozmówca zaznacza, że należy ostrożnie patrzeć na te dane. - Do tych wielkich liczb staram się podchodzić zdroworozsądkowo. Problem oczywiście jest, gigantyczny, ale jeśli chodzi o konkretne liczby, to nie jest dokładnie udokumentowane - mówi.

Jeśli pies się sprawdza - wygrywa wyścigi, dobrze poluje i przynosi właścicielowi powody do dumy - może zostać u boku galguero na trochę dłużej. - Zwykle 3-4 lata. To taki graniczny wiek, jeśli chodzi o tę najwyższą wydolność i wydajność galgo - mówi Szymon Bednarz. Po tym niektóre psy również są mordowane, inne oddawane do różnych organizacji. - Od pewnego momentu galgueros, a przynajmniej niektórzy z nich, zaczęli współpracować z organizacjami działającymi tam na miejscu i zajmującymi się galgo. W momencie, kiedy chcą się pozbyć swojego psa, to "łaskawie" o tym informują i dają jakiś czas organizacjom na zabranie go - opowiada nasz rozmówca. Zaznacza jednak, że w momencie, kiedy galguero wie, że wkrótce odda swojego psa - zupełnie przestaje się nim interesować. - Owszem, daje mu chleb i wodę, żeby w ogóle przeżył, ale poza tym nie robi nic. Dlatego galgo w tym czasie potrafią bardzo poważnie zachorować - podkreśla nasz rozmówca.

Co na to władze Hiszpanii?

Bestialskie mordowane zwierząt, ze względu na widzimisię właściciela, wydaje się nie do pomyślenia w XXI wieku. A jednak. Co na to wszystko władza? Nic. Dlaczego?

- Ten problem ma swoje źródło w tradycji, jaka tam panuje i w braku empatii wobec zwierząt. Galgo traktowane są jak narzędzie mające ułatwić życie galguero. Miłośników polowań albo osób, które nie widzą w tym żadnego problemu, w Hiszpanii jest mnóstwo i często pozostają na szczytach władzy - mówi Bednarz. Przypomina byłego króla tego kraju Juana Carlosa, słynącego z miłości do łowiectwa. Na przykład w 2012 rok król musiał publicznie przepraszać za kosztowny wyjazd do Botswany na polowanie na słonie, podczas gdy jego kraj borykał się z potężnym kryzysem finansowym.

- Więc jeżeli na samej górze jest opór, to jednak ciężka sprawa, by zmienić tę sytuację - podkreśla nasz rozmówca. Zaznacza, że orędownikami tradycji łowczej często są też przedstawiciele władz lokalnych. Często uczestniczą lub pozwalają na organizowanie zamkniętych polowań na terenach prywatnych. Polowanie z grupą psów, nazywane rehala, ma swoich amatorów w całej Europie. Za udział w takim polowaniu, na hiszpańskiej ziemi, skłonni są zapłacić nawet ponad 3000 euro za osobę. 

Działania podejmowane na poziomie Unii Europejskiej nie przynoszą efektów. Są to głównie petycje albo wydarzenia mające zwrócić uwagę Europy na to, jak Hiszpania traktuje zwierzęta. Jedno z takich wydarzeń - pod nazwą "Broken spirit - The galgo's last run" zorganizowała przed trzema laty holenderska europosłanka Anja Hazekamp. Powstają też różne filmy i dokumenty o sytuacji galgo. Jednak zmian w prawie, które realnie zmieniłyby los tych psów - brak.

 

Jeśli chodzi o organizacje pozarządowe, to one działają. To między innymi Galgos del Sol czy SOSGalgos. Starają się organizować ośrodki pomocy dla psów, przygotowywać je do adopcji i przede wszystkim nagłaśniać problem. Jak mówi nasz rozmówca - one próbują coś zmieniać, choć nie jest to proste. - Starsze pokolenie jakiekolwiek propozycje zmian w prawie traktuje jak napaść bezpośrednio na nich. Zatem to, co robią organizacje, to przede wszystkim edukacja i to zwłaszcza młodych ludzi - wskazuje gość TOK FM. Na szczęście pewnie działania zaczynają przynosić efekty, i Hiszpanie coraz chętniej (zwłaszcza w dużych miastach północnej części kraju) zaczynają adoptować porzucone charty. Choć to kropla w morzu potrzeb.

Galgo. Pies nie dla każdego

Szymon Bednarz jest właścicielem dwóch chartów hiszpańskich. Oprócz wspomnianej na samym początku tekstu Summer ma też Devę, którą adoptował rok temu, wiedząc już dokładnie "z czym to się je". Na Facebooku prowadzi profil, na którym nie tylko pokazuje, jak wygląda życie z chartami, ale też stara się edukować i nagłaśniać problem ich okrutnego traktowania. Na każdym kroku powtarza, że galgo nie jest psem dla każdego człowieka i jeśli ktoś chciałby go adoptować, głównie pod wpływem emocji i chęci wyciągnięcia z hiszpańskiego piekła, to nie jest dobra droga.

- Ten ludzki, empatyczny czynnik też ma oczywiście znaczenie. Ale trzeba mieć pełną świadomość, na co się człowiek pisze. I to zdrowy rozsądek musi tu wziąć górę. Ja wiedziałem, że to będzie wyzwanie, ale chciałem się go podjąć - mówi. Podkreśla, że galgo to nie są łatwe psy. Zwłaszcza te, które są po przejściach. Jako ich cechę charakterystyczną wskazuje płochliwość oraz wrażliwość. - Mają swoje potrzeby, muszą posiadać przestrzeń i czuć się w niej swobodnie. A z drugiej strony my musimy im tę przestrzeń zająć, żeby zapewnić im bezpieczeństwo - wyjaśnia. - Zawsze mówię, że to galgo dyktują warunki człowiekowi i trzeba się do nich dopasować. W momencie, kiedy czują jakiś dyskomfort, mogą zachować się bardzo panicznie. Są neurotyczne, a niektóre wręcz jakby autystyczne. Potrafią wpadać w stany na granicy niepoczytalności - dodaje.

Na pytanie, ile czasu zajęła jego psom socjalizacja w Polsce, Szymon odpowiada, że w przypadku Summer było to mniej więcej dwa lata. - Ona jest wciąż płochliwa. Ale otworzyła się i pokazuje swój prawdziwy charakter. - Kiedy manifestuje swoją szczęście, przypomina małego clowna. Ma osiem lat, a potrafi zachowywać się jak szczeniak - opisuje.

Druga suczka - Deva - ma na swoim koncie kilka sezonów polowań. Została oddana przez gaulgero, długo walczyła z chorobą, ale udało się ją uratować. - Jest niesamowicie szybka i łowna. Ona nie biega, zdaje się płynąć nad ziemią - podkreśla jej obecny właściciel. Dopytywany, czy zdarzyło się, że "dziewczyny" zerwały mu się ze smyczy i uciekły - odpowiada, że na szczęście nie. - Ale znam mnóstwo takich historii, niestety - nadmienia.

- Galgo mają ekstremalnie rozwinięty instynkt łowczy. Wystarczy moment i w dosłownie w mikrosekundę potrafią się zerwać do biegu, jeśli zobaczą jakąś zwierzynę albo coś innego, co się porusza. I kiedy zaczynają biec, to trochę jakby "odcinało" im mózg. Takiego pieska raczej się już nie przywoła. On nie wróci, a może biec bardzo, bardzo długo. Trzeba go będzie po prostu szukać - przestrzega.

"Wzięliśmy psa z drugiej części Europy, który nigdy nie był w domu"

Adopcja galgo do Polski nie jest prosta. W naszym kraju nie ma organizacji, które zajmowałyby się stricte tą rasą psów. Trzeba próbować w innych państwach, np. w Niemczech, w Czechach czy Wielkiej Brytanii. Bednarz szacuje, że w Polsce jest nie więcej niż 10 rodzin, którym udało się adoptować charta hiszpańskiego. W większości utrzymują ze sobą kontakt, dzielą doświadczeniami i spostrzeżeniami.

Jedną z takich rodzin są Zuzanna i Piotr z Warszawy, którzy swoją galgę mają dopiero od trzech tygodni. O przeszłości Skelly - bo tak ma na imię - wiedzą bardzo niewiele. W zasadzie jedynie to, że (podobnie jak Summer) została zabrana z perreras. - Jest bardzo młodym pieskiem. Powiedziano nam, że ma około półtora roku, choć weterynarz już w Polsce szacuje raczej na 2-3 lata. W każdym razie, jeśli chodzi o polowanie, podejrzewamy, że ma za sobą maksymalnie jeden sezon - mówi Zuzanna.

Skelly jest przeraźliwie chuda. Ma blizny na łapach i wyliniałe ciało. Z jej właścicielami spotykam się na spacerze w parku. Sunia - choć ostrożnie - podchodzi i daje się delikatnie głaskać. Jest za to otwarta na kontakt z innymi psami. Obwąchuje, zachęca do zabawy, bacznie obserwuje teren. Jest niesamowicie szybka. Potrafi przeskoczyć z miejsca na miejsce - nawet nie wiadomo, jak i kiedy. Ma specjalne antyucieczkowe szelki i dwie smycze. Mimo to zapanowanie nad nią wymaga niebywałego refleksu.

Skąd w ogóle pomysł, by adoptować galgo? Zuzanna i Piotr mają już jednego psa - przygarniętą kundelkę Daszkę. - Myśleliśmy o drugim od jakiegoś czasu. Wiedzieliśmy jednak, że Daszka ma dość specyficzny charakter. Szukaliśmy, trochę też pod nią, psa delikatnego, wrażliwego, z taką bardziej kocią naturą. Znalazłam informacje, że takie właśnie są charty - opowiada Zuzanna. Na doniesienia o galgo i o ich bestialskim traktowaniu w Hiszpanii natknęła się w mediach społecznościowych. Zaczęła zgłębiać temat, szukając informacji na różnych blogach i zagranicznych artykułach. Po pewnym czasie wraz z mężem podjęli decyzję, że chcą rozpocząć starania o adopcję.

- Wiemy, że ktoś może powiedzieć, że w polskich schroniskach też jest wiele psów, które chciałyby mieć dom. Stwierdziliśmy jednak, że u nas te procesy adopcyjne jakoś postępują, a te dziesiątki tysięcy psiaków -  tam w Hiszpanii - są wyrzucane, mordowane, gnieżdżą się w jakiś strasznych schroniskach i mają jeszcze mniejsze szanse na znalezienie domu - tłumaczy Zuzanna. - Poza tym wiedzieliśmy, że to będzie pies pasujący do naszej Daszki - dodaje.

Od pomysłu do realizacji samej adopcji trochę się jednak zeszło. Nasza rozmówczyni wskazuje, że wraz z mężem chcieli pojechać do Hiszpanii - nie tylko po psa, ale też po to, by pomóc, lepiej poznać galgo, powyprowadzać je na spacer, wesprzeć jakąś organizację jako wolontariusze. Hiszpanie postawili jednak sprawę jasno - nie oddają chartów do Polski, bo nie ma tu odpowiednich jednostek, które dalej nadzorowałyby ten proces. Polecili skontaktować się z fundacjami w innych państwach, na przykład z naszymi sąsiadami.

Udało się dzięki wsparciu organizacji z Niemiec. W pierwszej połowie sierpnia Zuza i Piotr udali się do bawarskiej Fundacji Galgorettung i tam poznali Skelly. Pytani o obawy przyznają wprost: Wiadomo, że byliśmy trochę przestraszeni, jak to będzie. - Wzięliśmy psa z drugiej części Europy, który nigdy nie był w domu, nie wie, co to winda, schody czy szyba, w którą uderzyła nosem. Chciała też "wejść" do telewizora, a patrząc w lustro, myślała, że stoi tam inny pies - opisuje Zuzanna. Powoli jednak Skelly przyzwyczaja się do nowego otoczenia, jest pod okiem behawiorystki i dobrze dogaduje z psią rezydentką. - Daszka jest dla niej wielkim wsparciem. Skelly robi dokładnie to, co ona. Bardzo szybko przestała na przykład załatwiać swoje potrzeby w domu, bo patrzy na Daszkę i widzi, że ona robi to wszystko na spacerach - opowiada Zuza.

Mówiąc o reakcjach otoczenia, nasza rozmówczyni przyznaje, że nie brakowało osób nastawionych sceptycznie do całego pomysłu. Większość jednak reagowała i reaguje dość pozytywnie. - Nie braliśmy tego psa w ciemno. Niemcy przedstawili nam wszystkie, nawet te najczarniejsze scenariusze. Pomogli nam też ludzie, którzy już posiadają galgo. Wiedzieliśmy, na co się piszemy i chcieliśmy, żeby choć jeden z tych wielu tysięcy chudzielców, bez szansy na dom, ten dom jednak dostał - podsumowuje.

DOSTĘP PREMIUM