"Część Polaków i Węgrów miała dość naśladowania, stąd antyeuropejski bunt i populizm"

Największym złudzeniem Zachodu po 1989 roku, było to, że tylko Wschód się zmieni, a Zachód pozostanie taki sam. W rzeczywistości zmiana Wschodu doprowadziła do zmiany Zachodu. Teraz zaczęła się zupełnie inna epoka i powinniśmy być na nią gotowi - mówi Iwan Krastew, politolog, filozof polityki, szef Centrum Strategii Liberalnych w Sofii, współzałożyciel think tanku European Council on Foreign Relations.

Agnieszka Lichnerowicz: Dekady, które nastąpiły po zakończeniu Zimnej Wojny bywają różnie nazywane, zależnie od tego, na co chcemy zwrócić uwagę. W książce "Światło, które zgasło", razem z Stephenem Holmesem proponujecie określenie "Wiek imitacji", dlaczego?

Iwan Krastew: Przy pisaniu tej książki bardzo nam zależało, by zrozumieć wyjątkowość tych 30 lat, ale - co ważne - nie tylko o ich znaczenie dla Europy Wschodniej, ale dla całego świata. Jeśli chodzi o imitację, to ona zawsze była w społeczeństwach. XIX wieczny francuski socjolog Gabriel Tarde powiedział, że "imitacja" to po prostu inne imię społeczeństwa. Cały czas naśladujemy się nawzajem. Co w tym przypadku jest wyjątkowego? Dlaczego naszym zdaniem imitacja najlepiej opisuje to, co działo się przez 30 lat po upadku muru berlińskiego?

Zacznijmy od tego, że zimna wojna była starciem między dwoma uniwersalistycznymi ideologiami. Obie były intelektualnie zakorzenione w europejskim oświeceniu i oparte na założeniu, że przyszłość należy do nich. Obie były nie tylko przekonane, że zwyciężą, ale, że przekształcą cały świat. Zimna wojna jednak się skończyła. Ale nie w wyniku militarnego zwycięstwa nad komunistami. Ta ideologia popełniła intelektualne samobójstwo.

Liderzy komunistyczni lat 80-tych, jak Gorbaczow w ZSRR, czy chińscy przywódcy nie wierzyli już po prostu w przewagę komunistycznych idei. W rezultacie tego znaleźliśmy się w tym dziwnym punkcie, w którym liberalny kapitalizm stał się synonimem nowoczesności. W latach ‘90, jeśli chciałeś być nowoczesny, musiałeś imitować instytucje, styl życia i wartości Zachodu, bo taka miała być przyszłość. To nie oznaczało, że wszystkie społeczeństwa wyglądały jak te w USA, czy Niemczech, ale to był model, który pozostali starali się naśladować. Określenie "Wiek imitacji" pozwala więc dobrze opisać okres, w którym świat poruszał się w konkretnym kierunku i mieliśmy co najmniej złudzenie, że wiemy, co to za kierunek i że wiemy, jak świat będzie wyglądał za 100 lat.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

Liberalny Zachód imitowała nie tylko Europa Środkowo-Wschodnia, ale też Rosja i Chiny, każde jednak na swój sposób, ostatecznie imitowały nawet same USA. Wasza teoria tak naprawdę wywodzi się z psychologii politycznej, bo podkreśla tę nierównowagę między naśladowanym i naśladującymi. Ta druga postawa budzi poczucie wstydu, poczucie bycia traktowanym protekcjonalnie i frustrację. Tłumaczycie, że stąd właśnie bunt części społeczeństw i elit Europy środkowo-Wschodniej, stąd populizm w tym regionie.

Podkreślę na początek, że koncepcja imitacji nie ma nic wspólnego z koncepcją kolonizacji. O kolonizowaniu Wschodu przez Zachód mówi się dziś zarówno na skrajnej lewicy, jak i prawicy. To nie jest jednak prawda. Po 1989 roku bowiem to my ze Wschodu chcieliśmy być tacy jak Zachód, to nie tak że Zachód przyszedł i narzucił nam swoje instytucje.

Wolne wybory, gospodarka rynkowa, członkostwo w Unii Europejskiej i NATO to były nasze pragnienia. To bardzo ważny aspekt i prowadzi nas do centralnego pytania w naszych rozważaniach: jak to się stało, że to, czego pragnęliśmy, doprowadziło do takiego kontrataku i wzrostu antyliberalizmu w Europie Środkowej i Wschodniej? Zaczynamy od tego, że w przeciwieństwie do wielu innych rewolucji, ta z 1989 roku była postutopijna. Nie dążyliśmy bowiem do zbudowania społeczeństwa, które nie istniało nigdy wcześniej, chcieliśmy po prostu być - jak to się określa - "normalnym" społeczeństwem. Normalnością było wówczas to, co na Zachodzie. Mieliśmy pewnie nieco uproszczony obraz Zachodu, wielu z nas nigdy tam nie było, nie dostrzegliśmy za bardzo różnic między modelem niemieckim i amerykańskim, ale mniej więcej wiedzieliśmy, o co chodzi.

Taka wizja normalności oraz otwarcie granic doprowadziło do drugiego paradoksu rewolucji ‘89 roku: emigracji. Po każdej rewolucji wielu mieszkańców wyjeżdża, ale zazwyczaj są to ci, co przegrali. Tak było w przypadku choćby Białych wyjeżdżających z Rosji po tym, jak do władzy doszli bolszewicy. Natomiast po 1989 roku jednymi z pierwszych wyjeżdżających byli właśnie liberałowie. Stanęły bowiem przed otworem możliwości studiowania, czy pracowania na Zachodzie, a skoro Zachód był przyszłością, to każdy rewolucjonista chciał mieć swoje miejsce w przyszłości. I tak exodus liberałów stał się jednym z dziwnych efektów liberalnej rewolucji.

Chcieliśmy zrozumieć psychologiczne skutki tego, co stało się później. W tej analizie ważne były dla nas Polska i Węgry, choć są oczywiście między tymi krajami różnice. Uważamy jednak, że wzrostu siły partii populistycznych nie da się wyjaśnić wyłącznie kwestiami ekonomicznymi. Jeśli przyjrzysz się wynikom gospodarczym, nie tylko PKB, ale też poziomowi satysfakcji z życia czy poziomowi nierówności społecznych, po prostu nie da się zrozumieć, dlaczego w Polsce doszło do rządów Prawa i Sprawiedliwości. Naszym zdaniem, wzrostu populizmu w Europie Środkowo-Wschodniej nie da się wyjaśnić tylko mobilizacją osób przegranych po transformacji. Zależało nam, żeby pokazać, że ten proces imitacji na własne życzenie ma aspekt rywalizacji, po prostu trudno jest imitować nie tyle Chrystusa, co sąsiada. Bo jeśli "ja" chcę być taki jak "ty", to muszę zaakceptować, że "ty" jesteś lepszy ode mnie. To prowadzi do rywalizacji, dumy i upokorzenia. Partie populistyczne odniosły sukces, bo zmobilizowały to rozżalenie. Nie musiały więc przedstawiać alternatywnego projektu, wystarczyło, że opowiedzieli ostatnie 30 lat z innej perspektywy.

Dlaczego rewolucje 1989 roku były post-utopijne? Dlaczego w naszym regionie nie narodziły się nowe alternatywne pomysły modeli społeczno-ekonomicznych, które bazowałyby na przynoszących społeczne korzyści rozwiązaniach wspólnotowego socjalizmu oraz zachodniego kapitalizmu i liberalizmu?

Komunistyczne społeczeństwo samo określało się jako eksperymentalne. W wyniku upadku systemu komunistycznego, idea politycznych eksperymentów została skompromitowana, a eksperyment stał się brzydkim słowem. Nie chcieliśmy już eksperymentować, chcieliśmy normalności. W przeciwieństwie do wcześniejszych 50 lat budowania nowego społeczeństwa, nieważne jak idealnego na papierze, marzyło nam się takie, które wiemy, że działa w innych krajach. Sam pomysł wymyślania czegoś nowego na własną rękę budził podejrzliwość. W Europie Środkowej okres komunistyczny postrzegany był też jako okupacja, więc normalność kojarzyła się z powrotem do własnej tożsamości. Na początku lat 90-tych byli oczywiście myśliciele i politolodzy, którzy rysowali perspektywy czegoś nowego, liczyli, że doświadczenia Wschodu i Zachodu doprowadzą do stworzenia nowej formy demokracji albo kapitalizmu, ale ludzie po prostu chcieli prowadzić dostatni styl życia, który znali z Zachodu. Uważam, że intelektualiści nie doceniają atrakcyjności dobrobytu materialnego Zachodu. To szczególnie istotne w takich krajach jak Polska, która była zdewastowane po latach 80-tych. Ludzie, choćby w mojej ojczystej Bułgarii, wierzyli, że dogonią zachód w 10 lat, 15 lat i będą wieść takie życie jak Austriacy.

Pana krytycy w Polsce pewnie nie odrzucają tezy o skutkach naśladownictwa całkowicie, pewnie uznają, że to ma znaczenie, ale uważają, że takie eksponowanie tego procesu i dzielenie Europy na wschodnią i zachodnią przy analizowaniu tzw. populizmu oznacza granie melodii, którą próbują narzucić autorytarni prawicowi populiści. Poza tym tradycje europejskie to również nasze tradycje. To żadne naśladownictwo, to reintegracja.

Ta krytyka jest uzasadniona, ale zmierzmy się z nią. Po pierwsze, rzeczywiście poważnie traktujemy język populistów, ich słowa przecież rezonują w części społeczeństwa. Dobrze by było więc zrozumieć, co jest w tej narracji tak atrakcyjnego. Po drugie, oczywiście, że wartości europejskie są częścią naszych tradycji. Ale jednak, proces integracji europejskiej, zarówno dla południa jak i wschodu Europy, polegał na tym, że te kraje musiały zaimplementować normy i instytucje, które powstały bez ich udziału. Przyjmowaliśmy rozwiązania prawne, które zostały stworzone, zanim dołączyliśmy do wspólnoty. Poza tym, z psychologicznej perspektywy, te procesy w naszej części Europy, można porównać do doświadczeń drugiego pokolenia imigrantów. Pierwsze pokolenie uważa integrację za udaną - uczy się języka, poznaje zasady społeczne i dla nich to jest sukces. Potem nadchodzi drugie pokolenie, które jest nawet lepiej zintegrowane niż poprzednie, ale to właśnie ono zaczyna doświadczać kryzysu tożsamości, tęskni za tradycjami i uważa, że jest traktowane jak obywatele drugiej kategorii. Uważam, że coś podobnego dzieje się z centralną i wschodnią Europą, szczególnie po dołączeniu do Unii Europejskiej.

Nie bez powodu, wzrostowi populizmu towarzyszą nasze sukcesy integracyjne. Kiedy nasza europejskość przestała już być kwestionowana, staliśmy się członkami Unii, zaczęliśmy nagle podkreślać nasze różnice.

Pewne różnice też rzeczywiście istniały. Jedną ważną ujawnił kryzys migracyjny. Można to zrozumieć historycznie, bo gdy spojrzysz na etniczną mapę XIX-wiecznej Europy, to szybko zauważysz, że były dwie Europy. Jedna była homogenicza i to była Europa Zachodnia. Druga Europa była znacznie bardziej zróżnicowana kulturowo, etnicznie i religijnie i to była Europa środkowa, ziemie Habsburgów. Potem nastąpiły rewolucje, dwie wojny, czystki etniczne, eksterminacje Żydów, wyrzucanie Niemców oraz wymiana populacji. Gdy dziś spojrzysz na mapę Europy, znów zobaczysz dwie Europy. Tyle, że ta zróżnicowana kulturowo to Europa Zachodnia, a ta druga, homogeniczna etnicznie to Europa Środkowa i Wschodnia. Te różnice i tradycje stały się bronią w rękach populistów, co ważne, oni teraz przekonują, że to oni są tymi prawdziwymi Europejczykami. I to właśnie wywołuje największe napięcia.

Oni kochają Europę, która istniała w 1989 roku. Ale przez ostatnie 30 lat Europa się zmieniała. Zachodnie społeczeństwo i demokracja się zmieniły. Konserwatyści sprzeciwiają się tym zmianom, chcą być takim Zachodem, jaki istniał w czasie zimnej wojny. Problem w tym, że taki zimnowojenny Zachód istniał, bo była Zimna Wojna, a gdy ona się skończyła, to Zachód się zmienił. Ta uraza z powodu naśladowania Zachodu jest widoczna na przykład w Polsce, gdzie politycznie mobilizowane są nastroje antyniemieckie. U premiera Węgier Victora Orbana to sedno jego ideologii. Przesłanie jest takie, to nie my będziemy was naśladować, to wy naśladujcie nas, bo bycie wzorem do naśladowania daje suwerenność i władzę.

Dr Elżbieta Korolczuk krytykując wasze tezy, argumentuje, że problem tak naprawdę jest gdzie indziej. To nie podział na Wschód i Zachód jest kluczowy, ważniejszy jest podział na zwolenników wartości liberalnych i ich przeciwników. Ci drudzy są przecież we wszystkich krajach zachodnich. To ruch międzynarodowy, można nawet wykazać, że to polscy i węgierscy antyliberałowie w rzeczywistości imitują, naśladują bowiem neokonserwatystów z USA.

Ona ma całkowitą rację, ale to nie jest sprzeczne z tezami naszej książki. Nieliberalny elektorat rzeczywiście także został zmobilizowany na Zachodzie. Główna linia podziału przebiega natomiast między między metropoliami, a terenami wiejskimi. Po drugie, rzeczywiście ludzie pokroju Orbana, czy Kaczyńskiego w pewien sposób imitują neokonserwatystów, ale prawdą jest też że część populistów w Stanach czy na Zachodzie Europy naśladuje Orbana i Kaczyńskiego. Z tego punktu widzenia, naśladowani są ci, którzy odnoszą sukcesy. Zwycięstwo Orbana w 2010 roku wzbudziło duży entuzjazm w Polsce i często się do niego odnoszono. Europa Wschodnia i Środkowa tak naprawdę nie naśladują modelu Trumpa, nigdy też nie wierzyłem w naśladowanie Putina, bo choć w pewnych rzeczach widać podobieństwa, to kraje te bardzo się od siebie różnią. Paradoksalnie kraj, który Wschodnia i Środkowa Europa zaczęły naśladować to Izrael Benjamina Netanjahu. To jedna z ironii historii, bo przecież izraelski nacjonalizm był produktem antysemickiego nacjonalizmu naszego środkowoeuropejskiego społeczeństwa pod koniec XIX wieku. Więc kopiowali siebie nawzajem.

Model izraelski jest atrakcyjny, bo to demokracja, ale etniczna. Izrael jest krajem Żydów, w tym samym znaczeniu, w jakim Polska powinna być krajem Polaków według Morawieckiego i Kaczyńskiego. Po drugie, mówimy o małym kraju, który odniósł ogromny sukces ekonomiczny, a także jest potęgą  atomową i ma skuteczną politykę zagraniczną z ogromnym potencjałem wpływu międzynarodowego. Tak rozumiana suwerenność pobudza wyobraźnię przywódców. Poza tym to jest część Zachodu, ale bardzo specjalna część. Izrael ma specjalne stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. Środkowoeuropejskich populistów ten kraj przyciąga również dlatego, bo to jest jedyne zachodnie społeczeństwo, które powstrzymało zmniejszający się przyrost naturalny, a stało się to dzięki dużej rozrodczości we wspólnotach religijnych. Przytaczam to, by pokazać, że nie ma jednego modelu, który jest naśladowany. Nas ciekawiło, jak opór wobec naśladownictwa został wykorzystany przez populistów.

Pana tezy mogą budzić niepokój nie tylko dlatego, że wzmacniają tezy o podziale na Wschód i Zachód, ale również dlatego, że nie uwzględniają faktu, że np. polskie społeczeństwo jest bardzo podzielone, a polityka rządzącej prawicy budzi duży opór. Dlaczego zatem tak bardzo podkreśla pan kwestie naśladowania Zachodu?

Ale jednak to na wschodzie Europy powstały dwa rządy, które wygrały, stawiając na ten antyliberalny resentyment i to one korzystając teraz z władzy, próbują wpływać na Unię Europejską. Zgadzam się, i jest to jasno podkreślone w książce, że polskie społeczeństwo jest podzielone, tak jak amerykańskie. O tym, czy kraj pójdzie w tę czy przeciwną stronę zdecydowało kilka tysięcy głosów. Ale, ostatecznie tu powstał rząd, który kieruje się tą polityką. Nie powinniśmy bagatelizować faktu, że Środkowa i Wschodnia Europa głosuje inaczej niż reszta oraz używa innego języka i to ma wpływ na to jak region jest postrzegany. Zgadzam się więc, że dzielenie Europy na wschodnią i zachodnią jest złym pomysłem, ale to samo jest z podziałem na północ i południe. Każda próba podziału ze względów kulturowych jest zła. Z drugiej jednak strony, to właśnie w środkowo-wschodniej części kontynentu są co najmniej dwa rządy, które występują w obronie czegoś, co określają specyfiką tego regionu. Grupa Wyszehradzka istnieje, żeby to zaznaczyć.

Wasza teza o "wieku imitacji" rozciąga się jednak również daleko poza nasz region. Wskazujecie trzy rodzaje naśladowania, pierwszy - imitacja przez nawrócenie - opisaliśmy. Drugi model reprezentuje Rosja - to model krzywego zwierciadła. Rosja parioduje bowiem liberalną demokrację. Po co? Piszecie o zemście, ale tak naprawdę, czy Rosja nie dąży po prostu do pokonania Zachodu?

Zazwyczaj naśladuje się innych, nie tyle po to, by być jak oni, ale by mieć tyle władzy, co oni. To dlatego przegrani naśladują wygranych. To dlatego po każdej wojnie przegrani naśladują militarną strategię zwycięzców. Właśnie dlatego, putinowska Rosja postanowiła z naśladowania uczynić broń, skorumpować i pokonać, doprowadzić do moralnego kryzysu na Zachodzie, bez konieczności konkurowania ofertą alternatywnego modelu. Przykład, który zawsze przywołuję, to przemowa Putina w sprawie aneksji Krymu, w którym on cytuje całe paragrafy z zachodniej deklaracji niepodległości Kosowa. Na poparcie aneksji Krymu, przywoływał zasady demokracji, prawa do samostanowienia i praw człowieka, w efekcie drwił i wypłukiwał ze znaczeń język zachodnich zasad.

Celem Putina nie jest przekonanie nas, że jest lepszy od nas, ale, że się od nas nie różni. Czyniąc z imitacji broń, putinowska Rosja dąży do zniszczenia Zachodu, niszcząc jego moralną legitymizację. Chce przekonać, że wcale się od niego, Putina nie różnimy, że w tej grze nie chodzi o jakieś wartości, a tylko o władzę i interesy. W efekcie, problem kłamstwa w polityce nabiera zupełnie nowego znaczenia. Na przykład, kiedy Putin mówił, że na Krymie nie ma rosyjskich sił specjalnych, oczywiście kłamał i wszyscy to wiedzieli. Ale on chciał być nazwany kłamcą, by móc powiedzieć, że jest takim samym kłamcą jak my, no bo co z bronią masowego rażenia w Iraku? Kłamać można też, żeby sprowokować drugą stronę, przyznać i zapytać: i co mi zrobicie?! Absolutnie nic.

Uważam, że w efekcie w systemie międzynarodowym jest mniej zaufania i więcej cynizmu. Inaczej niż Sowieci, którzy przekonywali, że ostatecznie to oni mieli lepsze i bardziej równe społeczeństwo, Putin głosi jedynie, że nie jest gorszy, wszyscy jesteśmy źli, ale to wy kłamiecie, że się od nas różnicie. Na tej zasadzie działają dezinformacja i fake newsy, w ich efekcie każda opinia staje się równie ważna, w żadnej nie ma więcej prawdy.

Przekonujecie, że nie tylko Związek Radziecki przegrał zimną wojnę, w pewien sposób przegraną jest też liberalna demokracja. Co więcej, wydaje się, że teraz wygrywa Rosja, bo jej strategia parodiowania i delegitymizowania zachodnich wartości przynosi skutki, prezydentem jest Trump, cynizm triumfuje.

Liberalizm opiera się w dużej mierze na przekonaniu, że możliwe są rozwiązania win-win, czyli takie, na których każdy korzysta. To przekonanie wywodzi się z handlu, bo handlujemy ze sobą i obie strony korzystają. Takie było też założenie liberalnej globalizacji. Z drugiej strony mamy rozumienie polityki wywodzące się z logiki wojny - tak jak pisał o tym Carl Schmitt.

W tym świecie są albo przyjaciele, albo wrogowie, gra jest zerojedynkowa, ktoś musi przegrać, bym ja wygrał. Przewrót, którego dokonał Trump polegał na tym, że on głosi, że liberalne elity kłamały, bo USA wcale nie są wygranymi globalizacji, Ameryka na niej traci. Rzeczywiście, dla części amerykańskiego społeczeństwa, koniec zimnej wojny oznaczał przeniesienie miejsc pracy do Chin i utratę przewagi konkurencyjnej. Ten obraz przegranej Ameryki ma ogromną siłę oddziaływania. Hasło, że Ameryka nie jest lepsza od innych państw, było przez długi czas głoszone przez amerykańską lewicę, wedle, której USA nie mają prawa pouczać innych, bo same mają problemy. W rezultacie, nawet jeśli to Joe Biden zostanie wybrany, to będzie prezydentem zupełnie innej Ameryki. Bo z jednej strony, jest prawica, która głosi, że idealizm, bycie globalnym policjantem i szerzenie amerykańskich wartości nie jest w interesie USA.  Z drugiej strony, są progresywiści, którzy przekonują, że Ameryka nie jest najlepsza, a jest najgorsza, nie ma więc moralnego prawa, by wtrącać się do innych krajów.

Z tego punktu widzenia, świat się zmieni. Chcieliśmy to podkreślić, żeby pokazać, że populizm nie jest wyłącznie fenomenem środkowoeuropejskim. To nie jest kryzys demokratyzacji naszego regionu. To nie jest też tylko kryzys Zachodu, czy liberalnej demokracji. Jesteśmy świadkami wielkiej transformacji świata, w której biorą udział wszyscy aktorzy, my Środkowa Europa, Zachodnia Europa, USA, Rosja i Chiny. Chcieliśmy znaleźć wspólny opowieść o tych zmianach, uważamy, że jest nim ciemna strona imitacji, czyli resentyment wobec naśladownictwa.

Czy wniosek jest zatem taki, że konieczna jest konkurencja między ideami i modelami? Nie jest możliwe, by wszyscy aspirowali do liberalnej utopii, bo po pierwsze, osłabi ją arogancja i samozadowolenie, a po drugie ci, którzy będą naśladować, staną się coraz bardziej sfrustrowani?

I to jest optymistyczna część książki, która w sumie nie ma wydźwięku pesymistycznego, choć takie wnioski można było odnieść. To jest opowieść o tym, jak liberalizm stracił hegemonię, nie jest już więc jedynym dostępnym modelem. Dużo się mówi o kryzysie liberalnej demokracji, ale z drugiej strony liberalizm odzyskał swój pluralizm. W efekcie, próbuje odkryć się na nowo, eksperymentuje i porównuje się do innych. Z tej perspektywy, uważam, że nie rozumieliśmy i nie docenialiśmy, do jakiego stopnia zwycięstwo Zachodu w zimnej wojnie było wynikiem jego rywalizacji ze Związkiem Sowieckim.

Po pierwsze, pracodawcy na Zachodzie byli dużo bardziej otwarci na głosy ze związków zawodowych, bo bali się, że w momencie kryzysu pracownicy przejdą na stronę komunistów, bo przecież chcą mieć kogoś, kto będzie reprezentował ich interesy. Taka rywalizacja powodowała, że Zachód był bardziej samokrytyczny i uważniejszy. Natomiast po zimnej wojnie, liberalizm mając monopol, się rozleniwił, a więc nie reagował wystarczająco na żale obywateli i nadszedł kryzys. Z tego punktu widzenia, prawdopodobnie powinniśmy cieszyć się z tego kryzysu, bo daje nam szansę na wymyślenie siebie na nowo.

Ze zdziwieniem przyjęłam, że tak mało miejsca w książce poświęcacie Unii Europejskiej. Kim dziś są ci my? Liberałowie? Czy właśnie nie Unia Europejska będzie ostatnim mocarstwem obstającym przy idealizmie, promującym wartości i normy w stosunkach międzynarodowych? Choćby w kwestiach klimatu. Ten europejski liberalizm, w odróżnieniu od amerykańskiego neoliberalizmu bardziej przypomina socliberalizm.

Unia Europejska z pewnością jest najbardziej zakorzenionym w 1989 roku projektem ze wszystkich. I nie tylko z powodu późniejszego rozszerzenia na wschód i południe. Ale również przez to że, w sercu europejskiego projektu leży założenie, że współzależności gospodarcze wzmacniają bezpieczeństwo. Im więcej handlujesz z innymi, im macie na siebie nawzajem większy wpływ, tym bezpieczniejsi się czujecie. Oczywiście dzisiejszy kryzys pokazuje, że zależności handlowe mogą też stanowić zagrożenie. Przychodzi covid, państwa zamykają granice, jeśli nie produkowałeś maseczek, to jesteś w kłopocie. To jest więc ogromne wyzwanie dla Unii Europejskiej, która będzie musiała przemyśleć swoją pozycję. Unia wcześniej postrzegała się jako laboratorium przyszłości. Miała świadomość, że nie jest już najpotężniejszym aktorem na świecie, mieszka tu 7 proc. światowej populacji i produkujemy mniej niż 25 proc. światowego PKB. Ale byliśmy laboratorium przyszłości, postsuwerenistycznej, postnarodowej, znacznie bardziej nastawionej na międzynarodową współpracę. I nagle dochodzi do wzrostu populizmu, epidemii Covid-19 i widzimy że rywalizacja USA i Chin zmieni świat.

Wcześniej Zachód był przekonany, że wszyscy chcą być tacy jak on, chcą Europę naśladować, a więc Indie, czy Chiny będą chciały być bardziej zielone. Teraz już nie jesteśmy tego tacy pewni, więc Unia musi zmienić taktykę i będzie próbowała budować siłę na swoich normach, czyli zastosować coś, co nazwę progresywnym protekcjonizmem. Na przykład, jeśli Indie czy Chiny będą produkować, szkodząc środowisku, nałożymy na nie podatki, albo nie pozwolimy sprzedawać na europejskich rynkach. To coś innego niż klasyczna soft power. Tu nie chodzi już o przyciąganie naśladowców, tym razem chodzi o wykorzystanie siły własnego rynku, by przekonać innych do tego, co uważamy za właściwe moralnie i w interesie pozostałych.

Pozwolę sobie na takie porównanie: w ostatnich 20 latach Unia była jak misjonarz, który jeździł po świecie i pouczał, co należy robić, by być jak Europa. Teraz Unia pod presją Rosji, Chin i Stanów zmienia się w monastyr, który głosi, że jest lepszy niż inni, nawet jeśli nie ma już siły, by zmienić innych, to nie pozwoli, by zmieniono jego, bo ceni swój sposób życia. Ale to jest zupełnie inna historia. Uważam, że ważne byśmy tę zmianę rozumieli. Po raz pierwszy Europejczycy muszą się nauczyć jednocześnie współpracować i być potęgą. W XIX wieku Europejczycy byli potężni, ale nie współpracowali ze sobą, a walczyli. Natomiast po II światowej, Europa jako całość nauczyła się współpracować, ale nie była silna, bo korzystała ze wsparcia USA. Teraz musimy jednocześnie ze sobą współpracować i być potęgą.

Zostały jeszcze Chiny, czyli trzeci sposób imitacji. Chiny poznały narzędzia, jak być skutecznym w liberalnej gospodarce rynkowej, ale pod autorytarną polityczną kontrolą. Chiny nie próbują przekształcać innych na swoje podobieństwo, nie narzucają innym swoich politycznych ideałów, a jedynie kolonizują gospodarczo. Taki będzie trend?

Uważam, że Chiny będą odgrywały ważną geopolityczną rolę, ale naśladowanie Chin nie jest proste. Paradoksalnie w przeciwieństwie do Rosji, która ma kompleks niższości, Chiny mają kompleks wyższości. Nie wierzą, że można ich w ogóle naśladować. Więc, myślę, że znajdziemy się w sytuacji, która będzie przypominała zimną wojnę, bo liberalna demokracja będzie ścierała się z autorytaryzmem. Ale, wydaje mi się, że uzależnienie technologiczne świata od Chin, a więc asymetryczne relacje z Pekinem będą miały większe znaczenie.

Z tego punktu widzenia Chiny będą chciały zdominować Polskę, ale niekoniecznie zmieniać ją na swoją modłę. To będzie bardzo ciekawe. Chiński model ma też swoje słabości, dziś nie dostrzegamy jeszcze wielu sprzeczności w nim i wydaje nam się potężniejszy niż jest w rzeczywistości. O tym właśnie jest nasza książka - ostatnie trzy dekady były wyjątkowe, jeśli chcemy zrozumieć dzisiejszy świat, musimy zrozumieć, jak ten wyjątkowy czas zmienił nas jako całość, a nie tylko jak zmienił Wschód. Największym złudzeniem Zachodu po 1989 roku, było to, że tylko Wschód się zmieni, a Zachód pozostanie taki sam. W rzeczywistości zmiana Wschodu doprowadziła do zmiany Zachodu. Teraz zaczęła się zupełnie inna epoka i powinniśmy być na nią gotowi. 

tłumaczenie: Martyna Osiecka

DOSTĘP PREMIUM