Długa lista problemów prezydenta Nigerii. Gdy porwano 350 dzieci, on zajmował się krowami. Musiał też udowadniać, że naprawdę żyje

Kiedy świat śledził losy kilkuset porwanych uczniów, prezydent Nigerii przebywał w swojej położonej nieopodal posiadłości, a państwowa telewizja pokazywała, jak dogląda stada krów. Ale jego milczenie w tej sprawie to tylko jedna z przyczyn tego, że jest głośno krytykowany.
Zobacz wideo

Cały świat śledził niedawno losy 350 uczniów, których porwano z jednej ze szkół w stanie Katsina w północnej Nigerii. Według relacji mediów, w nocy ponad setka terrorystów na motorach zaatakowała szkołę. Później uczniowie zostali w tajemniczych okolicznościach uwolnieni, a odpowiedzialność za atak wzięła organizacja Boko Haram. W weekend, również w stanie Katsina, po raz drugi próbowano porwać dzieci, tym razem 80. Na szczęście zostały odbite przez siły policyjne i lokalnych mieszkańców. 

Katsina to rodzinny stan prezydenta kraju Muhammadu Buhariego, który na doniesienia o porwaniach nie zareagował wcale - mimo, że gdy doszło do pierwszego z nich, przebywał zaledwie kilkadziesiąt kilometrów w swojej posiadłości. - Telewizja państwowa pokazywała wówczas, jak przechadza się po swoim ranczo, pilnuje dobrostanu krów - opisywał na antenie TOK FM dr hab. Andrzej Polus z Instytutu Spraw Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. - To spowodowało liczne oskarżenia pod adresem prezydenta, który ma też masę innych kłopotów - dodał. 

Zaczął od krótkiego opisu sytuacji w stanie Katsina. Działają tam bandyckie gangi i trwa konflikt między społecznościami rolniczymi i pasterskimi. Zwrócił uwagę, że ważnym jego czynnikiem są zmiany klimatyczne, które prowadzą do pustynnienia regionu.

Prezydent Buhari doszedł do władzy, nawołując do walki z Boko Haram i zapowiadając większą sprawiedliwość w kraju. Szczególną uwagę miał poświęcić konfliktom między chrześcijańskim południem, gdzie wydobywa się ropę, a północą, czyli najbiedniejszą częścią kraju, gdzie działają islamscy ekstremiści z Boko Haram.

- Buhari to były wojskowy, stał na czele junty wojskowej, która rządziła Nigerią w latach osiemdziesiątych. Społeczeństwo liczyło, że generał, co prawda w stanie spoczynku, ale jednak kontrolujący armię, będzie w stanie zaprowadzić spokój na północy Nigerii. Tylko to się zupełnie prezydentowi Buhariemu nie udało - opowiadał gość TOK FM. Jak dodał, z czasem lista kłopotów prezydenta tylko się wydłużała. 

Buhari rządzi Nigerią od 2015 roku, kiedy po raz pierwszy, jako opozycyjny kandydat, wygrał demokratyczne wybory. W 2019 roku został wybrany na drugą kadencję. Teraz jednak musi mierzyć się z rosnącą krytyką i społecznym niezadowoleniem. Przez Nigerię przetoczyła się ostatnio fala protestów przeciwko brutalności policji. Masowe demonstracje wybuchły po tym, jak do sieci wyciekło nagranie, na którym widać policjantów ze specjalnej jednostki SARS, którzy zabijają nieuzbrojonego mężczyznę. Jednostka ta została powołana w 1992 roku, aby rozwiązać problem wysokiej przestępczości w kraju. Przez lata jednak jej funkcjonariusze dopuszczali się zabójstw, porwań i bezprawnych zatrzymań.

Do tego dochodzą problemy wizerunkowe, często zupełnie absurdalne. Jak stwierdził dr Polus, prezydent Buharii musi mieć albo bardzo złych doradców, albo bardzo słaby PR, albo jedno i drugie. - Jego żona powiedziała jakiś czas temu na antenie BBC, że został przez będącą w rządzie klikę oszukany, jest oderwanym od rzeczywistości człowiekiem, na co prezydent Buhari odpowiedział, że miejsce żony jest w kuchni, a nie przed mikrofonami BBC - zwracał uwagę na kontrowersyjne publiczne wypowiedzi Buhariego.  

- Bardzo popularną plotką, która może brzmieć dla nas śmiesznie, jest, że prezydent Buhari tak naprawdę nie żyje, a zastąpił go sobowtór - mówił dr Polus. Wyjaśnił, że powstała ona w czasie, gdy "Buhari miał ogromne problemy ze zdrowiem i przez wiele miesięcy leczył się poza granicami Nigerii".

Doszło więc do tego, że prezydent 200-milionowego kraju musiał publicznie udowadniać, że naprawdę jest sobą. - Prezydent Buhari machał swoim certyfikatem badań DNA przed kamerami telewizyjnymi, wykazując, że próbki pobrane od niego przed leczeniem, są takie same jak te, które pobrano po wyjściu ze szpitala - opowiadał dr Polus.

DOSTĘP PREMIUM