Hanna Zielińska o życiu w Norwegii: "Norwegizujemy" się pomalutku. Czasami z zadziwieniem, a czasem z zachwytem

Z kilkumilionowej Warszawy przenosimy się do małego miasteczka w środkowej Norwegii. Tam przeprowadziła się była dziennikarka Radia TOK FM Hanna Zielińska. O życiu w nowym miejscu opowiadała w podcaście Wysokich Obcasów. Opowiada m.in. o tym, jak jej dzieci odnalazły się w norweskiej szkole; przełamuje mit o skandynawskiej surowej gościnności i wspomina, jak o przyjeździe jej rodziny napisano w lokalnej gazecie.
Zobacz wideo

Hanna Zielińska w Norwegii mieszka od ponad pół roku. Jak wspominała w rozmowie z Kamilą Kalińczak, dokładnie 1 czerwca, wraz z dziećmi, wylądowała na miejscu. Jej mąż przybył tam dwa miesiące wcześniej. - Od tego czasu tak się "norwegizujemy". Z przyjemnością, pomalutku, czasami z zadziwieniem, a czasem z zachwytem. Jest to rzeczywiście ogromna zmiana, której skutki cały czas odczuwam. Tęsknota za anteną oczywiście jest, ale jest też mnóstwo korzyści z tej zmiany (...) Na razie nie myślimy o powrocie - powiedziała.

Przeprowadzić się z kilkumilionowej Warszawy do małego miasteczka liczącego około 2 tysiące mieszkańców to - jak przyznała sama dziennikarka - ogromna zmiana. Teraz mieszka w samym środku Norwegii. - W sensie dosłownym i przenośnym - nadmieniła. - W sensie dosłownym, bo to jest rzeczywiście, patrząc na mapę, środek Norwegii. A w sensie przenośnym, bo to jest część uważana za rdzeń norweskości. (...) Jest to wszystko dla mnie niezwykle ciekawe. Znaleźć się na dnie tego fiordu w jednym z prześlicznych domków. To jest sam środek tego, co nazywane jest norweską kulturą - dodała.

Nowa rodzina. Wielkie wydarzenie

Wspomniała, że przeprowadzka jej rodziny do tego małego miasteczka była wielkim wydarzeniem. Napisali o nich nawet w lokalnej gazecie. Dziennikarka opowiadała, że taki właśnie jest tutejszy zwyczaj, że kiedy w miejscowości osiedlają się nowi ludzie, prasa publikuje artykuł, w których ich przedstawia. 

- Dzięki temu z jednej strony lokalna społeczność ma możliwość zapoznania i przywitania się. Z drugiej strony osoby, które przyjeżdżają też mają ułatwione "wejście", bo nie muszą swojej historii opowiadać każdej nowo napotkanej osobie od nowa - powiedziała Zielińska. - Jest to wspaniały zwyczaj uderzający w mit skandynawskiej surowej gościnności i dystansu społecznego - dodała.

Przyznała, że choć jest w Norwegii niedługo, to nigdy w życiu nie czuła się "tak blisko innych ludzi", jak właśnie tam. Tam nie ma anonimowości. Sąsiedzi się znają i potrzebują wzajemnie. 

O norweskim systemie edukacji

Zielińska opowiadała też dużo o systemie edukacji i o tym, jak jej dzieci wdrażają się w norweską szkołę. Zauważyła, że wygląda to zupełnie inaczej w Polsce. Nie ma takiego napięcia. - Dzieci zostały "wciągnięte" do tej szkoły bardzo delikatnie, krok po kroku. Mają swoje osobne zajęcia z norweskiego.  Przed pójściem do szkoły miały też krótki cykl specjalnych zajęć tylko dla siebie, z nauczycielem, który oprowadzał ich po pustej jeszcze szkole - opowiadała. Zaznaczyła, że epidemia w Norwegii jest na tyle opanowana, że jej dzieci cały czas, odkąd przyjechały, uczą się stacjonarnie, ale też prowadzą w miarę normalne życie społeczne - spotykają się, wychodzą razem, odwiedzają na przykład z okazji urodzin.

Zielińska przyznała, że jeszcze przed wyjazdem wielu Polaków straszyło ją i jej męża, że zrobią swoim dzieciom krzywdę, zabierając je tak daleko i rozrywając dotychczasowe więzi społeczne. Tymczasem, jak mówiła, okazało się, że dzieci szybko weszły w ten nowy świat i nawiązały nowe relacje, nie zrywając więzi ze znajomymi z Polski, które i tak miałyby charakter on-line, bo polskie dzieci raczej nie wychodzą z domów i uczą się zdalnie. 

Koronawirus? Trzy przypadki od początku pandemii

Jeśli chodzi o COVID-19, Zielińska przyznała, że w miejscowości, w której mieszka w ogóle się epidemii nie odczuwa. - Od początku pandemii były tu trzy potwierdzone przypadki - powiedziała, nadmieniając, że Norwegia jest krajem znacznie mniejszym niż Polska (około 5 mln obywateli) i znacznie bardziej rozproszonym. 

To, że koronawirusa tak się nie odczuwa, nie znaczy jednak, że nie podchodzi się do niego poważne. Dziennikarka powiedziała, że cały czas się mówi o bezpieczeństwie i zasadach, których należy przestrzegać. Przykładowo - rodzice, odprowadzając dzieci, nie mogą wejść do szkoły. Zaznaczyła też, że Norwegowie bardzo ufają władzy i jeśli jej przedstawiciele mówią, że sytuacja jest zła i trzeba być bardziej ostrożnym, to każdy się tego słucha. 

Obraz Polski w Norwegii

Prowadząca rozmowę Kamila Kalińczak pytała też o obraz Polaków w Norwegii. Jeśli chodzi o media, Zielińska przyznała wprost: "Nie jest to obraz przyjemny". Jej zdaniem, Polska w Norwegii przedstawiana jest trochę tak, jak w polskich mediach Ukraina, "czyli kraj siły roboczej o niestabilnej sytuacji politycznej".

Bo warto przypomnieć, że Polacy w Norwegii są jedną z najliczniejszych grup etnicznych. - Jest ich 100 tysięcy i na pięć milionów obywateli w społeczeństwie jest to grupa bardzo zauważalna. Głównie są to pracownicy sezonowi, fizyczni i pracujący w służbie zdrowia - opisywała. 

- Ale w tej chwili obraz w mediach kształtowany jest głównie przez perspektywę pandemiczną i tu się okazuje, że Polacy, według różnych danych zbieranych m.in. na lotniskach, w ogromnej mierze przyczyniają się do wymknięcia się koronwirusa spod norweskiej kontroli. Bo okazuje się, że jeśli już ktoś łamie jakieś zasady, to są to właśnie Polacy - powiedziała. 

- Media norweskie o tym piszą i prasa o Polakach jest dość trudna. Pojawiają się też informacje o sytuacji politycznej. Najbardziej gorące w ostatnich dniach dotyczyły protestów i praw kobiet. Były to artykuły mocno interwencyjne. Pojawiały się też wiadomości, że Norwegia i cała Skandynawia jest w stanie wesprzeć wszystkie Polki, które będą potrzebowały pomocy w przeprowadzeniu aborcji w związku z tym, że teraz w Polsce jest ona praktycznie nielegalna - wskazała.

Zielińska przyznała jednak, że ten obraz medialny "nieco się różni" od jej osobistych doświadczeń. - Mam wrażenie, że obraz Polaków jest tu lepszy niż ten, który można wysnuć z mediów. Z moich rozmów z nauczycielkami w norweskiej szkole czy z tutejszymi Polkami wynika, że Polacy są tu bardzo doceniani nie tylko w kontekście siły roboczej - powiedziała. 

Jak dodała, Norwedzy z pewną ciekawością patrzą na polską rodzinność. Na ciepło i więzi, które występują w polskich rodzinach. - Wydaje się, że jest w nich większa zażyłość i bliskość niż w rodzinach norweskich i to, w sensie pozytywnym, intryguje Norwegów - powiedziała. 

Posłuchaj całej rozmowy! 

DOSTĘP PREMIUM