Chińska rakieta będzie widoczna z Polski? "Tylko mieszkańcy południowych krańców kraju mogą spróbować ją zaobserwować"

Jedno jest pewne, tylko mieszkańcy południowych krańców Polski mogą spróbować ją zaobserwować. Około 3 nad ranem powinny być odpowiednie warunki i można szukać słabego punkciku przemieszczającego się nisko nad południowym horyzontem. Natomiast ta rakieta nam nie zagraża - uspokajał w TOK FM Karol Wójcicki.
Zobacz wideo

Wciąż nie wiadomo, gdzie i kiedy dokładnie spadną fragmenty chińskiej rakiety kosmicznej Długi Marsz 5B, które w ten weekend mają wlecieć w atmosferę. Dwudziestotonowa maszyna nie jest kontrolowana przez centrum dowodzenia. Chińska rakieta pędzi z prędkością 8 km na sekundę i w zasadzie może spaść na terytorium przeszło połowy świata. – Mamy godzinę 8:30 i rakieta przed chwilą minęła Madagaskar i jest nad Oceanem Indyjskim. Jedno jest pewne, Tylko mieszkańcy południowych krańców Polski mogą spróbować ją zaobserwować. Około 3 nad ranem powinny być odpowiednie warunki i można szukać słabego punkciku przemieszczającego się nisko nad południowym horyzontem. Natomiast ta rakieta nam nie zagraża – uspokajał w sobotnim Poranku Radia TOK FM Karol Wójcicki - popularyzator astronomii, autor bloga "Z głową w gwiazdach".

Czytasz? Zacznij SŁUCHAĆ! Teraz możesz zrobić to za 1 zł

Ekspert zdradził, że śledzeniem lotu rakiety nie zajmują się raczej chińscy czy amerykańscy naukowcy, zamknięci w jakimś bunkrze, jak to często wygląda w filmach akcji. – Robi to mój kumpel, astronom amator i wielu jego kolegów na całym świecie. To takie osoby najczęściej monitorują przeloty obiektów, nad którymi traci się kontrolę. Tacy naukowcy w bunkrze nie są wszędzie. A tutaj mamy wiele punktów obserwacyjnych na całym świecie i astronomów amatorów z już całkiem niezłym sprzętem, którzy obserwują, rejestrują i zapisują trasę przelotu takiej rakiety. Dopiero te dane zsyłane są do naukowców, a ci z pomocą superkomputerów próbują modelować trajektorię lotu obiektu – wyjaśniał gość TOK FM.

Jak dodawał Wójcicki, wyliczenie momentu wejścia w atmosferę takiego obiektu kosmicznego jest niezwykle trudne. – Atmosfera nie jest ciałem jednorodnym. To trochę jak z przewidywaniem pogody. Synoptycy często ogłaszają, że powiedzmy, w Warszawie po południu będzie ulewa. Ale czy to będzie godzina 13, czy 17:10, to już niezwykle trudno określić. W tej sytuacji jest podobnie, nie wiemy dokładnie, kiedy atmosfera da wystarczający opór aerodynamiczny, żeby ściągnąć obiekt w kierunku powierzchni ziemi – wskazywał.

Różne scenariusze

Gość TOK FM mówił, że chińska rakieta może wejść w atmosferę w okresie między sobotnim wieczorem a niedzielnym popołudniem z "maksymalnym prawdopodobieństwem niedzielnego poranka". – Najpewniejszy scenariusz jest taki, że nie wydarzy się nic. Rakieta, wchodząc w atmosferę, napotka opór aerodynamiczny, działają na nią ogromne siły tarcia i wytworzy się taka temperatura, że pewnie w całości się efektywnie spali. Istnieje minimalne ryzyko, że jakieś jej fragmenty jednak przetrwają to piekło i dolecą do powierzchni planety. Jednak tutaj największe szanse są takie, że spadną do oceanu. Tam zazwyczaj spycha się takie obiekty. W południowej części Pacyfiku jest nawet cmentarzysko statków kosmicznych – opowiadał Wójcicki.

Przyznał jednak, że istnieje cień szansy, że szczątki rakiety spadną na tereny zamieszkane, chociaż to się zdarza relatywnie najrzadziej. – Impet uderzenia z kosmosu może być duży, ale nie aż tak, jak sobie to wyobrażamy. Człowiekowi pewnie może wyrządzić krzywdę, dach potłucze, ale wielkiego krateru nie wyrządzi. W ogóle szansa, że ten obiekt spadnie na jakiś dom, jest taka, jak wygranie kilku milionów w loterii. Do tej pory ofiar nie było, no poza jedną. Kilkadziesiąt lat temu fragmenty amerykańskiej stacji kosmicznej spadły na tereny zachodniej Australii i zabiły krowę – uspokajał ekspert.

To raczej awaria

Według Wójcickiego wszystkie scenariusze zakładające celowe utracenie przez Chińczyków kontroli nad rakietą należy wsadzić między bajki. – W dzisiejszych czasach staramy się ściągać z orbity niepotrzebne rzeczy. Nie wiemy, co poszło tu nie tak, ale zapewne awaria, które się zdarzają. Może to wyglądać sensacyjnie, ale takie nie jest. Ostatnio coś takiego przydarzyło się Amerykanom, choć takiego rozgłosu w mediach nie było. Fragment rakiety SpaceX Falcon wszedł w atmosferę nad miastem Seattle i tam się spalił, ku uciesze wielu tysięcy obserwatorów – mówił gość TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM