Orban ustawą o karach dla pedofili uderzył w LGBT. "Testuje zaplecze, sprawdza grunt"

- W węgierskiej ustawie chodziło o zwiększenie kar dla pedofili. Tylko, że samo słowo "pedofilia" pada w niej raz - w tytule. Natomiast o propagowaniu homoseksualizmu, zmianie płci jest mowa wielokrotnie. W tej chwili na Węgrzech penalizuje się ukazywanie nieheteronormatywności - mówił w TOK FM Dominik Hejj i tłumaczył, dlaczego akurat w tym momencie Viktor Orban i jego partia przeprocedowali w parlamencie taką ustawę.

Niemałe zamieszanie towarzyszy środowej potyczce Niemiec z Węgrami w ramach Euro 2020. Władze Monachium chciały, żeby tamtejszy stadion w trakcie meczu został podświetlony tęczową iluminacją. To w ramach protestu przeciwko ustawie, którą w ubiegłym tygodniu przyjął węgierski parlament. Zapisano w niej m.in., że szkolne zajęcia podejmujące kwestie seksualności nie mogą propagować korekty płci ani homoseksualizmu, a także że państwo chroni prawo dziecka do zachowania tożsamości odpowiadającej jego płci w chwili urodzenia. Węgierskie prawo ostro potępia Unia Europejska, choć same władze Węgier nie mają sobie w tej kwestii nic do zarzucenia.

Finalnie UEFA nie zgodziła się, żeby podświetlić stadion na tęczowo. Mimo wszystko, swoją wizytę na tym spotkaniu odwołał Victor Orban, premier Węgier, choć poprzednie dwa mecze śledził z trybun.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

Jak mówił w TOK FM Dominik Hejj, politolog UKSW, Orban oficjalnie może tłumaczyć, że nie leci na mecz przez ważne spotkanie w Brukseli, ale nie chce być powiązany z ew. akcją węgierskich ultrasów na stadionie. – Chodzi o Brygadę Karpacką, czyli tych zagorzałych kibiców reprezentacji Węgier. Oni mogą zorganizować w Monachium jakiś sprzeciw wobec tęczowej ideologii. Tam mogą się pojawić jakieś hasła dyskryminujące czy homofobiczne – mówił przedstawiciel portalu kropka.hu.

Dodawał, że choć to organizacja faszyzująca i kontrowersyjna, to raczej nie powinno na stadionie dojść do przemocy. – Oni na tak prostackie metody raczej się nie zdecydują. Natomiast banery, hasła, oprawa, to już co innego. To są ludzie powiązani z półświatkiem przestępczym, szczególnie jeśli chodzi o sprawy na tle narodowościowym, przeciwko Romom. Cieszą się złą sławą na Węgrzech. Niby przez UEFA nie są mile widziani, ale z drugiej strony realizatorzy często ich pokazują w transmisjach. To tacy panowie w czarnych koszulkach. Dlatego wszyscy są ciekawi, co się wydarzy w Monachium – wyjaśniał Hejj.

Filip Kekusz, prowadzący audycję dopytywał, dlaczego Orban w tej chwili wziął sobie za cel osoby LGBT. Hejj odpowiadał, że sama ustawa była wymuszona skazaniem za pedofilię jednego z polityków z zaplecza Orbana. – Chodziło o zwiększenie kar za pedofilię. Tylko że samo słowo "pedofilia" pada w niej raz - w tytule. Natomiast o propagowaniu homoseksualizmu, zmianie płci jest mowa wielokrotnie. W tej chwili na Węgrzech penalizuje się ukazywanie nieheteronormatywności. W zasadzie poniżej 18. roku życia w ogóle nie będzie można mówić – podkreślał gość TOK FM.

"Testowanie gruntu"

Z drugiej strony Hejj wyjaśniał, że na Węgrzech nadal legalne są związki partnerskie, a sama ustawa dla Fideszu nie jest aż tak istotna. – Ona została uchwalona w dniu pierwszego meczu Węgier na Euro. Gdyby władzy zależało na dokręceniu śruby w tej kwestii, to wybrano by inny dzień, żeby media mogły mówić tylko o niej. Paradoksalnie zrobiono to trochę po cichu, kierując się głównie do zagorzałego elektoratu Fideszu – tłumaczył ekspert.

Jak dodawał, samo uderzenie w osoby LGBT nie musi się na Węgrzech spotkać z pozytywną reakcją społeczeństwa. – Węgrzy są bardziej tolerancyjni niż Polacy. Orbanowi może chodzić o przygotowanie nowego wroga. Temat migrantów raczej się kończy, więc trzeba znaleźć nowe pole przed wyborami w przyszłym roku. Znaleźć kogoś, kogo oskarży się o rozwiązłość czy przeciwdziałanie chrześcijaństwu. To takie testowanie zaplecza, sprawdzanie gruntu, niż faktycznie uderzenie w osoby LGBT – podsumował Dominik Hejj.

Orban znów na wojnie z UE

Ursula Von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej, określiła w środę węgierską ustawę jako "hańbę" i "naruszenie podstawowych wartości UE". Zapowiedziała, że KE podejmie działania przeciwko ustawie. "Poleciłam (...) komisarzom, aby jeszcze przed wejściem ustawy w życie wyrazili w piśmie do władz węgierskich nasze obawy prawne" - dodała Niemka. Zagroziła, że UE nie pójdzie na kompromis w kwestii takich zasad, jak "godność ludzka, równość i poszanowanie praw człowieka".

- Komunikat szefowej Komisji Europejskiej jest haniebny, bo opiera się na nieprawdziwych twierdzeniach - napisał Orban w oświadczeniu.

Dodał, że słowa von der Leyen są haniebne również dlatego, że węgierska ustawa opiera się na punkcie 3 artykułu 14. Karty praw podstawowych Unii Europejskiej, a swą "stronniczą, polityczną opinię" wyraziła ona bez bezstronnej analizy. - Niedawno przyjęta węgierska ustawa chroni prawa dzieci, gwarantuje prawa rodzicielskie i nie dotyczy praw związanych z orientacją seksualnej orientacji osób powyżej 18. roku życia, zatem nie zawiera żadnego elementu dyskryminującego - napisał Orban.

DOSTĘP PREMIUM