Protesty w Gruzji po śmierci dziennikarza. Ekspert: Możemy się liczyć z dalszymi niepokojami w kraju

W niedzielę i poniedziałek demonstranci zebrali się przed siedzibą parlamentu w Tbilisi. - Protestujący żądają dymisji premiera, ministra spraw wewnętrznych i szefa służby bezpieczeństwa - wyjaśniał gość audycji TOK360 Wojciech Górecki. Protesty wybuchły po śmierci dziennikarza Aleksandra Laszkarawa, który 5 lipca filmował manifestację przeciwników marszu równości w Tbilisi i został wtedy przez nich dotkliwie pobity.
Zobacz wideo

Gruzińska telewizja Pirweli poinformowała w niedzielę, że nie żyje jej operator Aleksander Laszkarawa, który filmował 5 lipca protest przeciwników marszu równości w Tbilisi i został pobity przez skrajnie prawicowych demonstrantów. W stolicy Gruzji miała się wtedy odbyć demonstracja w obronie praw osób LGBTQ, jednak organizatorzy zdecydowali o jej odwołaniu z powodu trwających od rana zamieszek, wywołanych przez przeciwników parady. Zaatakowano ponad 50 dziennikarzy, w tym obywatela Polski, który został dwukrotnie ugodzony ostrym narzędziem.

Jak mówił w TOK FM Wojciech Górecki, w niedzielę i poniedziałek demonstranci zebrali się przed siedzibą parlamentu. Mogło być ich ok. 8 tys. - Dominowali przedstawiciele mediów i zwolennicy partii opozycyjnych, którzy oskarżają premiera Gruzji o to, że 5 lipca służby nie zapewniły bezpieczeństwa dziennikarzom. Jeśli do takich masowych aktów przemocy dochodzi, to przynajmniej polityczną odpowiedzialność ponoszą władze i struktury siłowe. Pojawiło się żądanie dymisji premiera, ministra spraw wewnętrznych i szefa służby bezpieczeństwa. Tego domagają się protestujący - wyjaśniał gość audycji TOK360.

Jak dodał, władza znalazła się teraz w trudnym położeniu, bo z jednej strony Zachód i protestujący domagają się wyjaśnienia, jak doszło do śmierci dziennikarza i pozostałych aktów przemocy, a z drugiej strony jest pod naciskiem konserwatywnej opinii publicznej, która jest sceptyczna wobec osób LGBT.

Być może dlatego przedstawiciele rządu mówią o prowokacjach. - Wskazują na byłego prezydenta Saakaszwilego, który jakoby dążąc do powrotu do władzy, miałby za wszelką cenę tego typu akty przemocy prowokować - wyjaśniał Wojciech Górecki.

Zauważył również, że reakcja służb powinna być stanowcza w chwili, gdy dochodziło do pobicia ponad 50 osób. Taka jednak nie była, co - zdaniem Góreckiego - "świadczy o jakiejś bezradności albo celowym powstrzymywaniu się od interwencji". - Niewątpliwie ta sytuacja nie sprzyja stabilizacji i możemy się liczyć z dalszymi w niepokojami w kraju - zakończył gość Filipa Kekusza.

DOSTĘP PREMIUM