Jaki będzie Afganistan talibów? Ekspert: Zrozumieli moc PR. W inne zmiany nie wierzę

Amnestia dla urzędników, brak represji dla pomocników Zachodu i większa rola kobiet w życiu publicznym - takie obietnice składają talibowie, którzy opanowali Afganistan. W ich szczerze intencje nie wierzą eskperci.
Zobacz wideo

Afgańscy talibowie od niedzieli panują nad całym Afganistanem. Wykorzystując wycofanie się międzynarodowych sił wojskowych pod dowództwem USA, błyskawicznie przejęli kontrolę nad krajem. Dotychczasowy, popierany przez Stany Zjednoczone rząd upadł, a prezydent kraju Aszraf Ghani uciekł za granicę. W Afganistanie zapanowała panika. Tysiące ludzi szukało i szuka sposobu, jak wydostać się z kraju. M.in. szturmowali lotnisko w Kabulu, próbowali dostać się do kołującego samolotu amerykańskiej armii.

Tymczasem talibowie ogłaszają pierwsze decyzje. To m.in. amnestia dla wszystkich pracowników rządowych, którzy zostali wezwani do podjęcia pracy. Enamullah Samangani wezwał dziś Afganki, by włączyły się w tworzenie nowego rządu. - Nasz Islamski Emirat nie chce, by kobiety były ofiarami - przekonywał przedstawiciel władz talibów w państwowej telewizji afgańskiej.

Czy talibowie się zmienili?

Według Arkadiusza Legiecia - analityka ds. Azji Środkowej i Kaukazu Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, do składanych teraz deklaracji należy podchodzić bardzo ostrożnie. – Wierzę w to, że talibowie zrozumieli moc PR. Wiedzą, że muszą mieć poprawne relacje ze światem i sąsiadami. Dlatego próbują to robić - mówił w TOK FM.

- A czy zmienili ultrakonserwatywne poglądy? Niekoniecznie. Czy potrafią inaczej postrzegać rolę kobiet w życiu publicznym? Czy potrafią wyrzec się wendetty wobec przeciwników i funkcjonować w systemie z więcej niż jedną partią? W to nie jestem w stanie uwierzyć – przyznał ekspert.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

Legieć podkreślił, że o jakichkolwiek zmianach bardzo trudno mówić w przypadku takiego ruchu, jakim są afgańscy talibowie. - To nie jest jednorodna organizacja, to bardziej ruch. Szalenie zdecentralizowany i zróżnicowany, gdzie poza głównym przywództwem, funkcjonują też lokalni liderzy, których ciężko kontrolować. Już podczas tej ofensywy dochodziło do zbrodni, gwałtów, represji. Dlatego można kwestionować szczerość ich deklaracji – stwierdził.

"Wskazywanie zobowiązań"

W rozmowie z Piotrem Maślakiem poruszono też kwestię ewakuacji Afgańczyków i współpracowników krajów zachodnich z zagrożonych terenów.

"Jeszcze przed upadkiem Kabulu Stany Zjednoczone poprosiły nasz rząd o przyjęcie nawet trzech tysięcy Afgańczyków, których życie jest zagrożone w związku z ofensywą talibów. To w większości tłumacze i współpracownicy sił USA. Polska na tak dużą liczbę nie jest przygotowana. Dlatego Warszawa do inicjatywy odniosła się z rezerwą" – poinformował dziś "Dziennik Gazeta Prawna".

Zdaniem Arkadiusza Legiecia Stany Zjednoczonej chcą w ten sposób przypomnieć innym krajom, że też brały udział w operacji w Afganistanie. – To mniej przerzucanie odpowiedzialności, a bardziej wskazywanie zobowiązań. Zresztą gdyby nie żołnierze amerykańscy, którzy zabezpieczaj lotnisko w Kabulu, loty w ogóle stałyby pod dużym znakiem zapytania. Co ważne, te apele spotykają z pozytywną odpowiedzią krajów – mówił.

Rano poinformowano, że dwie polskie maszyny wojskowe są w drodze do Afganistanu, a trzeci samolot wystartuje wkrótce. Na liście do ewakuacji ma być około 100 osób, które współpracowały z Polskim Kontyngentem Wojskowym czy polską placówką dyplomatyczną.  Ekspert z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych podkreślił, że nie chce oceniać, czy to nie jest spóźniona decyzja.

– Takie akcje lubią ciszę. Dobrze, że to się dzieje i miejmy nadzieję, że jak najwięcej osób skorzysta z takiej pomocy. Ale pamiętajmy, że sam dojazd na lotnisko w Kabulu jest dużym wyzwaniem - mówił.

DOSTĘP PREMIUM