Są porty, dla których nie ma ratunku. "Jurata zostanie, ale prezydent będzie musiał do niej dopłynąć"

Naukowcy są zgodni, że człowiek w miarę nieźle znosi temperatury o 45 stopni Celsjusza. Gdy jest gorącej, żyje nam się bardzo trudno. A na takie temperatury trzeba się szykować w najbliższych kilkudziesięciu latach. Prócz tego poziom wód będzie rósł szybko, co spowoduje zalewanie terenów zamieszkałych przez miliony ludzi. - Mam taki dowcip, że owszem siedziba prezydenta w Juracie nie zostanie zalana, ale będzie można do niej już tylko dopłynąć. To jest perspektywa najbliższych lat - ostrzega Kamil Wyszkowski.
Zobacz wideo

1,5 stopnia Celsjusza – o tyle w ciągu następnych 20 lat wzrośnie średnio temperatura na kuli ziemskiej. To już nie jest prognoza, ale fakt. Pozornie, ta liczba nie robi wrażenia – człowiek często nie czuje, czy na dworze jest 20 czy 21,5 stopnia. Istotna jest tutaj intensywność wzrostu temperatury w ciągu najbliższych lat. – Ta dynamika jest tak duża, że większość z siedmiu milionów gatunków, które znamy, będzie miała poważne kłopoty żeby się do tego zaadaptować, a milion wyginie w ciągu najbliższych dekad – wskazuje Kamil Wyszkowski, Przedstawiciel i Dyrektor Wykonawczy UN Global Compact Network Poland – Inicjatywy Sekretarza Generalnego ONZ.

Taki wzrost temperatury sprawia, że tracimy możliwość przewidywania pogody na danym obszarze. Pożary, powodzie i susze stają się naszą codzienności. A to w konsekwencji sprawia, że – szczególnie gatunki stałocieplne jak ptaki i ssaki – tracą szansę dalszego rozwoju.

Porównajmy trzy miasta: Delhi w Indiach, Bagdad w Iraku i Rzym we Włoszech. Wszystkie powstały kilka tysięcy lat temu i zbudowano je w nieprzypadkowych miejscach. - Chodziło właśnie o pogodę. Ludzie wiedzieli, że spadnie tyle deszczu, ile potrzeba. Znali rozmiar plonów i wiedzieli, że lokalna społeczność się wyżywi. Nie było wtedy dyskontów, sieci logistycznych gwarantujących dostawy. Wszystko potrzebne do życia musiało być na miejscu. W oparciu o stabilny klimat powstała ludzka sieć osadnicza. Teraz ta sieć osadnicza jest zagrożona – wyjaśnia Wyszkowski.

Zobacz wideo

Zmiany najmocniej dotkną państw strefy zwrotnikowej i podzwrotnikowej, czyli tych, które najczęściej wybieramy na wyjazdy wakacyjne. Czy zatem za kilkadziesiąt lat Morze Śródziemne wyschnie, a wyjście w Egipcie z pokoju hotelowego na świeże powietrze będzie mogło zakończyć się dla nas tragicznie? ONZ-etowskie agencje nie chcą straszyć i są dalekie, od snucia tak katastroficznych wizji. –  W 2100 roku będzie wyraźnie cieplej a zjawisk pogodowych, które uznajemy za katastrofalne będzie dużo więcej, być może się do nich przyzwyczaimy. Prognozy na lata 2200-2300 są dużo bardziej przygnębiające, w szczególności dla stałocieplnych ssaków oraz ptaków. Na pewno zmieni się poważnie linia brzegowa świata – mówi gość TOK FM.

Są porty, których nie obronimy

Eksperci są pewni, że poziom mórz i oceanów podnosi się szybciej, niż wcześniej zakładali. Teraz to około 20 cm rocznie, a perspektywie najbliższych stu lat może to być metr, a nawet więcej. I choć katastrofalnej fali tsunami z tego powodu nie będzie, to są na świecie porty, których już uratować się nie da. – Choćby Jakarta w Indonezji. To olbrzymia 23 milionowa aglomeracja, jedna z największych na świecie. Poziom podnoszenia się wód jest tak dynamiczny, że nie da się jej obronić. W 2019 roku podjęto decyzję polityczną, żeby przenieść ją na północny wschód, na Borneo. To już się dzieje – wskazuje Wyszkowski.

Podobnie będzie w Polsce. Już teraz Gdańsk jest zagrożony cofką, bo tafla Bałtyku już się podniosła. – Trzeba myśleć, jak sprawić, żeby w kolejnych dekadach woda nie wdarła się do jednej czwartej dzielnic tego miasta. Podobnie w Sopocie, Gdyni, Łebie, czy Elblągu. Wiemy że Hel stanie się archipelagiem. Mam taki dowcip, że owszem siedziba prezydenta w Juracie nie zostanie zalana, ale będzie można do niej już tylko dopłynąć. I to jest nasza perspektywa najbliższych dekad – prognozuje ekspert.

Zobacz wideo

Największa migracja w historii

To nie jedyna groźna konsekwencja katastrofy klimatycznej. Naukowcy są zgodni, że człowiek w miarę nieźle znosi temperatury na zewnątrz do 45 stopni Celsjusza. Gdy jest gorącej, żyje nam się bardzo trudno. A na takie temperatury – ich przedsmak mieliśmy ostatnio na południu Europy, gdzie było prawie 50 stopni Celsjusza – trzeba się szykować w krajach w strefach zwrotnikowych w najbliższych kilkudziesięciu latach.

A to oznacza wielkie migracje. – Ludzie z obszaru Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu będą migrować na północ. Łatwo to sobie wyliczyć. Na tym obszarze mieszka teraz około 480 mln ludzi, którzy są narażeni na wzrost temperatur i brak wody. Przyjmijmy ostrożnie, że 20 procent z nich zdecyduje się na ucieczkę, a reszta jakoś sobie poradzi. To daje ok 80-100 mln ludzi, którzy będą szli w kierunku Europy, a w 2100 roku będzie ich pewnie więcej, bo przecież się ludzie się rozmnażają. To oznacza kryzys migracyjny imponujących rozmiarów – wylicza Kamil Wyszkowski.

Zobacz wideo

Dlatego cała Unia Europejska już teraz powinna się na to przygotowywać. – W oparciu o szacunki ONZ, w skali całego świata w 2100 roku będzie 2 miliardy ludzi, którzy będą uciekać przed temperaturami, brakiem wody i żywności. Nigdy nie było tak wielkiej wędrówki ludów. Nie przerabialiśmy tego i nie mamy pojęcia, jak sobie z tym poradzić – ubolewa ekspert

"Bogaci sobie poradzą. Biedni będą mieć przerąbane"

Świat stoi zatem przed wielkimi wyzwaniami. Zdaniem Philipa Alstona, specjalnego sprawozdawcy ONZ ds. skrajnego ubóstwa i praw człowieka, grozi nam "klimatyczny apartheid". – Bogaci na północy sobie poradzą. Będzie ich stać na montaż klimatyzacji w domach czy – bardziej futurystycznie - kupowanie małych reaktorów jądrowych, żeby ochłodzić miasta skryte pod specjalnymi kopułami. Od reszty odgrodzą się murem. A biedni na południu – i reszta eko-systemów od których zależymy - będą mieć przerąbane – uczula Wyszkowski.

ONZ apeluje, że to ostatni moment, żeby zaciągnąć hamulec ręczny i jakoś zahamować katastrofę klimatyczną. Do tego potrzebne jest zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych o połowę do 2030 roku. A na to potrzeba nakładów rzędu 4,4 tryliona dolarów. Eksperci podkreślają, że te pieniądze w systemie są, ale w tej chwili wydaje się je choćby na zbrojenia.

Kapiący kran i gąbka

Zdaniem Wyszkowskiego, lepiej teraz finansować zmniejszenie emisji niż potem płacić krocie, żeby adaptować się do zmian klimatycznych. – Bogaty światy musi dorzucić te pieniądze, żeby uchronić przyszłość przed ryzykiem. Tak jak z kapiącym kranem i suchą gąbką. Kapiąca woda z kranu to nadmiarowe emisje gazów cieplarnianych za które odpowiada człowiek, a gąbka to nasza planeta, która straciła już możliwość wchłaniania – przez oceany i zieleń – gazów cieplarnianych. Stężenia tych gazów w atmosferze są już tak duże, że powstała swoista kołdra, która nas szczelnie przykrywa i się pod nią dusimy. A przecież nikt nie leży pod pierzyną w gorące lato. Dlatego musimy zakręcić ten kurek, bo tylko my ludzie mamy nad kapiącym kranem władzę – tłumaczy Wyszkowski.

Zobacz wideo

Potrzebna jest też solidarność klimatyczna, czyli bogaci muszą dać biednym technologię i pieniądze, by ci mogli u siebie posiadać czystą energię. - Trzeba przekonać ludzi do pozornie bezsensownych inwestycji. Ktoś powie: Po co pomagać Jemenowi budować farmy solarne, skoro w Polsce jest tyle biedy. To populizm. Chodzi o to, żeby nasze wnuki i prawnuki miały perspektywę życia w bezpiecznej Polsce. Gdzie w tle nie będzie konfliktów o wodę, surowce i przestrzeń życiową np. na granicy między Indami a Pakistanem czy Rosją a Chinami – podsumowuje i apeluje ekspert.

DOSTĘP PREMIUM