"Ktoś wpadł na pomysł, by Operację Śluza przeprowadzić znów, ale na większą skalę". Białoruski dziennikarz o szczegółach akcji Łukaszenki

- Są zdjęcia różnych autokarów, gdzie wychodzą pracownicy OSAM (specjalnej białoruskiej jednostki wojsk pogranicznych) ubrani po cywilnemu, którzy przywożą na granice tych ludzi i pokazują, w którym kierunku mają iść - mówił w TOK FM Tadeusz Giczan, białoruski dziennikarz, który opisał szczegółu tzw. Operacji Śluza.
Zobacz wideo

Tadeusz Giczan w swoim materiale dziennikarskim opisał sposób, w jakim białoruski reżim organizuje przyjazd do Białorusi migrantów, którzy później kierowani są na granicę - wcześniej głównie z Litwą, a teraz także z Polską i Łotwą. Akcja nie jest nowa. Jak mówił gość TOK FM, ma około 10 lat, a jej kryptonim to "Operacja Śluza". 

Informacje o tym, że taka operacja była i jest organizowana, pochodzą, jak wskazywał Giczan, z BYPOL-u, czyli organizacji byłych białoruskich pracowników resortów siłowych, którzy odeszli ze służby po zeszłorocznych wyborach i musieli się przeprowadzić do Warszawy ze względu na represje. - Są wśród nich ludzie, którzy bezpośrednio zajmowali się opracowywaniem tej operacji - podał.

Początkowo, jak wyjaśniał dziennikarz, "Śluza" "miała o wiele mniejszą skalę niż dziś", a co za tym idzie - "była praktycznie niezauważana przez media". - To były dosłownie dziesiątki osób. Cała operacja miała na celu po prostu zmuszenie Unii Europejskiej do zapłacenia Białorusi haraczu na wzmacnianie granic. To się faktycznie udało. Białoruś dostała dziesiątki milionów euro na ten cel - mówił gość Agnieszki Lichnerowicz.

- I teraz, w tym roku, gdy stosunki Białorusi z Zachodem się pogorszyły, ktoś wpadł na pomysł, by odświeżyć tę operację, tylko tym razem przeprowadzić ją na o wiele większą skalę. Z tego, co mówi BYPOL, wynika, że cały czas nazywa się ona "Operacja Śluza", tylko tym razem celem nie jest już wymuszenie pieniędzy od Unii, ale destabilizacja - stworzenie sztucznego kryzysu w państwach, które najbardziej wspierają białoruską opozycję, czyli Litwa, Polska i Łotwa - tłumaczył Giczan.

Białoruski dziennikarz przekonywał, że ludzie próbujący przekroczyć granicę to w większości Irakijczycy (mówił o 70 proc.). Jak podawał, wiadomo to między innymi od Litwinów, którzy prowadzą bardzo dokładne statystyki tych osób - z podziałem na płeć, wiek, miejsce urodzenia.

Prowadząca audycję pytała też, jak ci ludzie znajdują się na granicy. Giczan podał, że większość z nich dociera tam samodzielnie, ale mają istnieć dowody również na to, że część jest przywożona przez przedstawicieli OSAM, czyli specjalnej jednostki wojsk pogranicznych. - Są zdjęcia różnych autokarów, gdzie wychodzą pracownicy OSAM ubrani po cywilnemu, którzy przywożą na granice tych ludzi i pokazują, w jakim kierunku mają iść - mówił Giczan. Nadmienił też, że od pewnego czasu granicy Białorusi nie strzegą już "zwykli" poborowi pogranicznicy, ale zajmuje się tym bezpośrednio OSAM.

Gość TOK FM - pytany przez red. Lichnerowicz, jakie działania powinna podjąć Polska - mówił, że przede wszystkim takie, które będą miały podstawę prawną. Jak dodał, Litwa wprowadziła przy swoich granicach stan wyjątkowy, co dało im podstawy do nadzwyczajnego działania. Dziennikarz zaznaczał, że w grupie cudzoziemców przybywających teraz na granice ekonomiczni imigranci np. z Iraku mieszają się z ludźmi, którzy naprawdę wymagają szybkiej pomocy. - To jest dylemat, jakoś tych ludzi trzeba rozróżnić. Może trzeba to robić tak jak Litwa - prześwietlać każdego i decydować o każdym konkretnym przypadku osobno - mówił. 

DOSTĘP PREMIUM