"Widzieliśmy na miejscu śmierć ludzi zadeptanych w tłumie". Polscy dyplomaci o ewakuacji z Afganistanu

Widzieliśmy na miejscu śmierć ludzi zadeptanych w tym tłumie. Śmierć dzieci stratowanych przez tłum na bramie. To było dla nas bardzo traumatycznym doświadczeniem - tak o akcji ewakuacji afgańskich współpracowników z Kabulu mówili w środę polscy dyplomaci.
Zobacz wideo

Po tym, jak Stany Zjednoczone wycofały większość swoich wojsk z Afganistanu, kontrolę nad dużą częścią kraju, a także stolicą, Kabulu, przejęli talibowie. Państwa UE i NATO zorganizowały ewakuację swych obywateli oraz swoich współpracowników z Afganistanu.

Ewakuacja prowadzona przez polskie służby odbywała się wojskowymi samolotami z Kabulu do Uzbekistanu, skąd następnie cywilnymi samolotami PLL "LOT" ewakuowani dostawali się do Polski. Pierwszy samolot z osobami ewakuowanymi wylądował w Warszawie w środę 18 sierpnia, a sama misja ewakuacyjna potrwała około tygodnia. Ostatecznie ewakuowano wszystkich sześciu obywateli Polski, którzy zwrócili się do MSZ oraz kilkuset afgańskich współpracowników polskich służb. Polska ewakuowała także współpracowników państw sojuszniczych oraz instytucji międzynarodowych, w tym pracowników Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

O dramatycznych warunkach, w jakich prowadzono ewakuację, opowiedzieli w środę na konferencji prasowej polscy dyplomaci. Ambasador RP w Rumunii Maciej Lang, który był zaangażowany w ewakuację Afgańczyków współpracujących w tym kraju z Polakami i państwami NATO poinformował, że w Polsce przebywa dzisiaj ok. 1 tys. osób ewakuowanych w Kabulu. - Każda z nich musiała być odszukana w wielotysięcznym tłumie kłębiącym się przed bramą bazy. A następnie fizycznie wciągnięta do bazy i wysłana wojskowym transportem do Uzbekistanu, skąd samoloty przewoziły ewakuowanych do Warszawy - powiedział.

- Przypadła nam rola wyciągania tych ludzi dosłownie ze ścieku, bo w wielu sytuacjach Afgańczycy wskakiwali do takiej rzeczki, która odprowadzała kanalizację z bazy, i my stamtąd tych ludzi wyciągaliśmy - dodał Szymon Włodarski. - Widzieliśmy na miejscu śmierć ludzi zadeptanych w tym tłumie. Śmierć dzieci stratowanych przez tłum na bramie. To było dla nas bardzo traumatycznym doświadczeniem.

Ratowanie kobiety z dwumiesięcznym dzieckiem

Opowiedział też o historii rodziny jednej z pracownic ambasady w Kabulu, która w tym tłumie na lotnisku się rozdzieliła. - Na początku udało nam się uratować tylko ojca i roczne dziecko, natomiast matka i babka pozostały w tłumie. Talibowie nie puszczali przez swoje check-pointy samotnych kobiet, więc one miały jeszcze dodatkową trudność w przedostaniu się - mówił.

- Obiecaliśmy ojcu dziecka, które poleciało pierwszym transportem do Polski, że połączymy (tę rodzinę). Szczęśliwie rodzina odnalazła się w tłumie po dobie. Udało się ich szczęśliwie połączyć, rodzina jest już w komplecie w kraju - dokończyła opowieść Ewa Piasek.

Inna dramatyczna historia stała się udziałem siostrzenicy afgańskiego tłumacza, który pracował z polskim kontyngentem wojskowym. - W pewnym momencie nie mogliśmy wydobywać ludzi z tłumu, ponieważ było ryzyko zamachów - wspominała Ewa Piasek. - Dostałam telefon z Polski od afgańskiego tłumacza, rozpaczliwie prosił, by uratować jego siostrzenicę z dwumiesięcznym dzieckiem, która od doby czekała na ratunek, a utraciła pokarm. Dziecko cały dzień nie jadło. Mimo trudności, udało nam się tę kobietę wciągnąć za bramę dzięki naszemu tłumaczowi, który poszedł negocjować z talibami możliwość ratowania tej dziewczyny. To jest na miarę cudu, że talibowie wypuścili ją jako jedyną tego dnia. Matka nie mogła nakarmić dziecka i zrobiła to inna z uratowanych matek, która czekała na bezpieczny powrót na lotnisko. To najtrudniejsza sytuacja, jaką mieliśmy - podsumowała.

Jak dodał ambasador Maciej Lang, polska ekipa wyleciała z Kabulu 27 sierpnia, na godzinę przed zamachem, w wyniku którego zginęły 183 osoby.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM