Kanada. Justin Trudeau wygrywa. "Ludzie byli wściekli na te wybory"

Przedterminowe wybory w Kanadzie wygrała partia premiera Justina Trudeau. Jednak, jak podkreśliła w TOK FM dr Margaret Bonikowska, polityk wcale nie ma powodów do świętowania. Bo - według niepełnych wyników - jego partia nie zdobyła większości. Jak podkreśliła ekspertka, to były "niechciane wybory, w których nikt nie zdobył tego, czego chciał". Za przedterminowe głosowanie przyjdzie zapłacić 610 milionów dolarów kanadyjskich.
Zobacz wideo

Poniedziałkowe wybory do Izby Gmin kanadyjskiego parlamentu wygrała Partia Liberalna, której liderem jest obecny premier Justin Trudeau. Według wstępnych danych liberałowie uzyskali 156-157 z 338 mandatów i prawdopodobnie znów będą tworzyć mniejszościowy rząd. Do Izby Gmin weszli też parlamentarzyści czterech innych partii: konserwatyści, Nowa Partia Demokratyczna, Bloc Quebecois i Zieloni. 

- To były niechciane wybory, w których nikt nie zdobył tego czego chciał - komentowała w TOK FM dr Margaret Bonikowska, redaktorka "Gazety" w Toronto oraz autorka POLcast. Przypomniała, że poniedziałkowe wybory były głosowaniem przedterminowym.  - Nasz premier wymyślił sobie, że dobrze by było - idąc na fali dość sporego poparcia - zawalczyć o większość (po dwóch latach rządów mniejszościowych - red.) - powiedziała dziennikarka.

Im bliżej było do wyborów, tym poparcie dla liberałów Trudeau spadało. Do większości w Izbie Gmin premier Kanady potrzebuje minimum 170 mandatów. A zatem brakuje mu co najmniej 12-13 mandatów.

"Ludzie byli wściekli"

- To całe doświadczenie wyborcze będzie nas kosztować 610 mln kanadyjskich dolarów. Kampania trwała 36 dni. Była najkrótszą w historii, jaka jest w ogóle możliwa pod względem prawa wyborczego - zwróciła uwagę. Podkreśliła również, że Kanadyjczycy nie chcieli głosować. "Byli wściekli", że w czasie czwartej fali pandemii, w obliczu coraz to nowych ograniczeń, każe im się iść i głosować. - Nie rozumieli, po co to wszystko - relacjonowała Bonikowska. 

Ze względu na obostrzenia część lokali wyborczych tradycyjnie organizowanych np. w szkołach nie była dostępna. Zdarzały się też kolejki do głosowania. Były miejsca, gdzie ludzie czekali na oddanie głosu jeszcze dwie godziny po oficjalnym zamknięciu lokali wyborczych. 

Dlatego też, jak mówiła rozmówczyni Piotra Maślaka, liberałowie są wygrani i przegrani jednocześnie. Wygrani - bo zdobyli najwięcej mandatów. A przegrani - bo nie poprawili swojego stanu posiadania w Izbie Gmin. A to było ich głównym celem. Dziennikarka zwróciła uwagę, że w pewnym momencie sondaże pokazywały, że opozycyjni konserwatyści szli  "łeb w łeb" z partią premiera.

- Konserwatyści natomiast mogą zdobyć dwa-trzy mandaty lepsze niż mieli w poprzedniej kadencji parlamentu - nadmieniła. Dr Bonikowska zwróciła też uwagę, że Konserwatywna Partia Kanady prawdopodobnie zdobędzie więcej głosów obywateli w skali całego kraju. Niemniej jednak system wyborczy jest skonstruowany tak (jednomandatowe okręgi), że przewagę w parlamencie będzie miała partia Justina Trudeau.

Gościni TOK FM wyjaśniła na koniec, że kanadyjskich konserwatystów nie należy postrzegać przez pryzmat Republikanów z USA, czy też polskich doświadczeń. Bo w Kanadzie, jak mówiła, nie ma dyskusji np. aborcji, o prawach społeczności LGBT, bo jest to coś oczywistego. - W Kanadzie są dopuszczone związki partnerskie czy małżeństwa jednopłciowe. Jest też zgoda na kończenie życia przy pomocy lekarzy  (eutanazję) - wskazała dr Margaret Bonikowska.

Słuchaj całej rozmowy: 

DOSTĘP PREMIUM