Katalończycy manifestują, bo chcą zostać w Hiszpanii. Co się stało z marzeniami o niepodległości?

W Barcelonie ostatnia manifestacja za pozostaniem w Hiszpanii była znacznie liczebniejsza niż marsz zwolenników niepodległości. - Przyszedł czas, by zastanowić się, że kolejne podziały tworzone w myśl pewnych idei (niepodległościowych - red.), mogą dla obywateli skończyć się dużo gorzej niż wspólne działanie - komentowała prof. Małgorzata Myśliwiec.
Zobacz wideo

Kilka tysięcy osób wzięło udział we wtorkowej manifestacji w centrum Barcelony na rzecz jedności terytorialnej Hiszpanii. Uczestnicy marszu domagali się walki z separatyzmem oraz ukarania regionalnych polityków dążących do secesji Katalonii. Odbyła się też kontrmanifestacja, choć znacznie mniej liczna. Odłączenia Katalonii od reszty Hiszpanii domagało się ledwie około 500 osób. 

To dość zaskakujące zjawisko, bowiem wcześniej - przez wiele lat - Katalończycy stanowczo domagali się niepodległości. W referendum w 2017 roku (nieuznawanym przez hiszpański rząd) opowiedziało się za tym ponad 90 proc. głosujących. Co się zatem stało, że teraz nastroje społeczne się tak diametralnie odwróciły?

- Podsycanie pewnych nastrojów czy emocji jest rzeczą znacznie prostszą, kiedy działamy w warunkach komfortowych; kiedy mamy sprzyjające warunki ekonomiczne i nie dzieje się nic niepokojącego - mówiła w TOK FM prof. Małgorzata Myśliwiec z Uniwersytetu Śląskiego. Teraz, jak wyjaśniała dalej, sytuacja w Hiszpanii nie jest najłatwiejsza. - Mieliśmy pandemię, która nie tylko pod względem zdrowotnym dotknęła społeczeństwo europejskie, w tym hiszpańskie, ale także pod względem ekonomicznym i społecznym. W związku z tym rozmawiamy dziś o zupełnie innej Europie i Hiszpanii - dodała.

W tej niełatwej sytuacji Hiszpania dużo korzysta na tym, że jest członkiem Unii Europejskiej. Prof. Myśliwiec zwróciła uwagę, że plan odbudowy, na którego akceptację Polska cały czas czeka, w Hiszpanii działa bez zarzutu. To kraj, który jako jeden z pierwszych w UE otrzymał środki z Funduszu Odbudowy na "postawienie na nogi" gospodarki po pandemii. - Więc najprawdopodobniej przyszedł po prostu czas, by zastanowić się, że w realiach zjednoczonej Europy kolejne podziały tworzone w myśl pewnych idei (niepodległościowych - red.), mogą dla obywateli skończyć się dużo gorzej, niż wspólne działanie w celu zapewnienia sobie przyszłości - oceniła rozmówczyni Mikołaja Lizuta.

Poza tym ekspertka z Uniwersytetu Śląskiego zwracała uwagę, że dla Hiszpanii wartości demokratyczne są bardzo ważne. Po latach dyktatury Francisco Franco tamtejsi politycy wzięli sobie do serca dbanie o praworządność. - Referenda katalońskie były nielegalne. Być może nastąpiła więc pewna refleksja i zmęczenie takim ciągłym "szarpaniem się" i zabrnięciem w ślepą uliczkę [walki o niepodległość - red.] - powiedziała prof. Myśliwiec. - Do tego należy dodać też fakt, że premier Pedro Sánchez rozpoczął rozmowy z Katalończykami, czemu wielu polityków było przeciwnych. Uważało, że trzeba iść w zaparte - dopowiedziała ekspertka. 

Były król Juan Carlos planuje wrócić do kraju

Mikołaj Lizut pytał też swoją rozmówczynię o byłego króla Juana Carlosa. Jak podało otoczenie byłego władcy, który przebywa na emigracji, zamierza on wrócić do Hiszpanii do końca tego roku. Przypomnijmy - ojciec obecnego monarchy Filipa VI opuścił potajemnie kraj na początku sierpnia 2020 roku.

- Postać Juana Carlosa może być porównywana do postaci Lecha Wałęsy w Polsce. Niewątpliwie jest to postać historyczna, która zapewniała Hiszpanii przejście do demokracji. (...) Natomiast te ostatnie lata, ukazanie skali nadużyć i korupcji, były czymś, co kompletnie zburzyło jego wizerunek oraz wizerunek rodziny królewskiej - wyjaśniała prof. Myśliwiec.

Ekspertka wskazała też, że prędzej czy później Carlos i tak będzie musiał się rozliczyć ze swojej przeszłości. - Z pewnością będzie to gorzki rachunek sumienia, ale bez rozliczenia tej sprawy dalsze funkcjonowanie Hiszpanii jako monarchii byłoby utrudnione - podsumowała.

DOSTĘP PREMIUM