Siarhiej Cichanouski skazany. "Nie istnieje już zjawisko białoruskiego opozycjonisty na wolności"

Siarhiej Cichanouski, mąż przywódczyni opozycji Swiatłany Cichanouskiej został skazany we wtorek na 18 lat kolonii karnej. - W tej chwili na Białorusi jest już 920 więźniów politycznych. Ci, którzy nie siedzą w aresztach albo w koloniach karnych, przebywają w większości za granicą - komentował w TOK FM Michał Potocki z "Dziennika Gazety Prawnej".
Zobacz wideo

Białoruski bloger Siarhiej Cichanouski, mąż przywódczyni opozycji Swiatłany Cichanouskiej został skazany na 18 lat kolonii karnej. Sąd uznał, że Cichanouski i jego współpracownicy przygotowywali i organizowali masowe zamieszki. Innych opozycjonistów sądzonych w tym samym procesie skazano na kary od 14 do 16 lat więzienia.

"Mój mąż Siarhei Tsikhanouski zostaje skazany na 18 lat więzienia. Dyktator publicznie mści się na swoich najsilniejszych przeciwnikach. Ukrywając więźniów politycznych w zamkniętych procesach, ma nadzieję kontynuować represje w milczeniu. Ale cały świat patrzy. Nie przestaniemy" - napisała na Twitterze Swiatłana Cichanouska.

"Na Białorusi jest już 920 więźniów politycznych"

- Myślałem, że będzie to wyrok podobny do tego, jaki dostał w lipcu Wiktar Babaryka, inny lider nowej opozycji, czyli 14 lat — komentował w TOK FM Michał Potocki. Zdaniem dziennikarza "Dziennika Gazety Prawnej" zarzuty postawione wszystkim dziś skazanym opozycjonistom były absurdalne. Jak wyjaśnił, Cichanouskiego sądzono tak naprawdę za to, że przeprowadził udaną kampanię w internecie, w serwisie You Tube. Opozycjonista był naprawdę popularny, jego przekaz trafiał także do mieszkańców białoruskiej prowincji, która do tej pory była bastionem Łukaszenki. - Przełamał tym samym barierę informacyjną i właśnie za to dostał tak drakoński wyrok — ocenił.

Potocki w rozmowie z Jakubem Janiszewskim zwrócił uwagę na to, że cały proces odbywał się w budynku aresztu śledczego w Homlu. - Ci ludzie nie byli przewożeni nawet do budynku sądu. To ma znaczenie symboliczne — podkreślił.

Prześladowania opozycji trwają praktycznie od zakończenia sfałszowanych przez Łukaszenkę wyborów z sierpnia 2020 roku. - W tej chwili na Białorusi jest już 920 więźniów politycznych. Ci, którzy nie siedzą w aresztach albo w koloniach karnych, przebywają w większości za granicą. W zasadzie nie istnieje już zjawisko białoruskiego opozycjonisty, który mieszkałby na Białorusi na wolności — stwierdził dziennikarz.

"Grecka tragedia"

Michał Potocki mówił także o tym, jaki zamysł dostrzega w działaniach białoruskiego reżimu. - Łukaszenka rozumuje, że władze białoruskie mogą czuć się znacznie bardziej bezpiecznie niż w ubiegłym roku, bo społeczeństwo jest zastraszone, liderzy opozycji wygnani albo osadzeni. Wydaje mi się, że Łukaszenka w najbliższych miesiącach będzie próbował poszukiwać nieformalnych kontaktów w państwach Unii Europejskiej po to, żeby przekonywać, że władze białoruskie powinny zostać na powrót uznane. Choćby te działania na granicy są próbą zmuszenia Zachodu także do oficjalnych rozmów — ocenił, nawiązując do kryzysu migracyjnego wywołanego przez Mińsk na wschodniej granicy UE.

Dziennikarz podkreślił też, że trudno o dobre wyjście z obecnej sytuacji, ale Europa mimo wszystko powinna nadal nakładać dotkliwe sankcje na Białoruś. - W Europie jest świadomość, że im dłużej będzie trwała polityka sankcji i im ostrzejsze te sankcje będą, tym bardziej Łukaszenka uzależni się od Kremla. Na tym polega ta poniekąd grecka tragedia, że co by się nie zrobiło, będzie źle — mówił gość TOK FM. I dodał, że jego zdaniem sankcje nakładane na białoruski reżim powinny być bardziej dotkliwe. - Bo te, które zostały wprowadzone, nie za bardzo działają — podsumował Michał Potocki.

DOSTĘP PREMIUM