Kryzys w Kazachstanie to "chwila oddechu" dla Ukrainy. "Odstrasza Kreml od bardziej zdecydowanych działań"

Władimir Putin to śledzi. Każdy uliczny protest w krajach byłego Związku Radzieckiego jest potencjalnym zagrożeniem dla samej Rosji - mówił o protestach w Kazachstanie Michał Potocki z "Dziennika Gazety Prawnej".

Kazachskie służby przekazują, że "wyeliminowały" dziesiątki uczestników zamieszek. Do ostrych starć protestujących z wojskiem nocą doszło między innymi na głównym placu największego miasta w kraju- Ałmaty. Według światków w okolicy było słychać strzały. Wcześniej na plac opancerzonymi transporterami przywieziono liczne oddziały żołnierzy. Kazachskie ministerstwo zdrowia podało w czwartek rano, że w zamieszkach ucierpiało ponad tysiąc osób. Prawie 400 trafiło do szpitali. Wiadomo, że po stronie służb zginęło co najmniej 12 osób. Reżim nie podaje informacji o ofiarach wśród protestujących.

Kazachowie wyszli na ulice po decyzji rządu o podwyżce cen gazu. Jednak, jak tłumaczył w TOK FM Michał Potocki z "Dziennika Gazety Prawnej", chodziło o coś więcej. – Często w historii państw autorytarnych podwyżki cen są zapalnikiem dla czegoś, co już działo się w społeczeństwach. Niezadowolenie z sytuacji gospodarczej przeradza się w złość na polityków. Wówczas ludziom przypomina się, że nie żyją w wolnym państwie. Gdyby faktycznie chodziło o gaz, to decyzje rządu uśmierzyłyby sytuację. Tutaj żądania poszły dalej – wskazywał Potocki.

Jego zdaniem sytuacja w kraju jest pierwszym poważnym sprawdzianem dla prezydenta Kasyma-Żomarta Tokajewa. Bo jego poprzednik Nursułtan Nazarbajew, który rządził Kazachstanem de facto od czasów radzieckich, radził sobie z takimi sytuacjami "bardzo zręcznie". – Autorytaryzm, który zbudował, w sposób naturalny sprawiał, że niezadowolenie społeczne było spychane na margines. Natomiast jego rządy, w porównaniu z takimi krajami regionu jak Uzbekistan, Tadżykistan czy Turkmenistan, były relatywnie oświecone - mówił dziennikarz.

Dodawał, że tamtejsze władze starały się nie eskalować brutalności tam, gdzie nie czuły do tego potrzeby. - Wyjąwszy po za nawias krwawo stłumiony protest z 2011 roku, ten kazachski reżim był relatywnie miękki. To nie była aż tak groteskowa dyktatura. Nie było przypadków, jak w Uzbekistanie, gotowania działacza opozycji we wrzątku – opowiadał Potocki.

Gość TOK FM przypomniał, że całej sytuacji z pewnością bacznie przygląda się Kreml. – Władimir Putin to śledzi. Każdy uliczny protest w krajach byłego Związku Radzieckiego jest potencjalnym zagrożeniem dla samej Rosji. Jeśli sytuacja w Kazachstanie przerodzi się w coś poważniejszego, to może to być chwila oddechu dla Ukrainy. Odstraszy to Kreml od bardziej zdecydowanych działań na kierunku ukraińskim. Dwa fronty to nie jest coś, do czego tego typu władze by chętnie zmierzały. Protesty w Kazachstanie to paradoksalnie dobra wiadomość dla Ukrainy, ale wiele zależy od tego, jak rozwinie się sytuacja w najbliższych dniach – podsumował Potocki.  

W czwartek wysłanie rosyjskich wojsk pokojowych do Kazachstanu potwierdziła rzeczniczka MSZ Rosji Maria Zacharowa. - Obecnie rosyjska część kontyngentu pokojowego jest przerzucana na terytorium Republiki Kazachstanu samolotami wojskowego lotnictwa transportowego Rosyjskich Sił Powietrznych. Te jednostki już rozpoczęły wypełnianie wyznaczonych zadań - napisała na Telegramie Zacharowa.

DOSTĘP PREMIUM