Kazachstan. "Najgorsze, że nikt się za tym społeczeństwem nie wstawił". Teraz przyszedł czas masowego zastraszania

Prezydent Kazachstanu zapowiedział, że zagraniczne wojska opuszczą kraj w ciągu 10 dni. To dzięki pomocy m.in. Rosji i Białorusi udało się stłumić protesty obywateli. - Na ulicach nie ma ludzi, trwają aresztowania, są naciski na media, dziennikarzy, blogerów. Ewidentnie ma miejsce masowe zastraszanie społeczeństwa - tak o sytuacji w Kazachstanie mówiła w TOK FM dr Ludwika Włodek z UW.
Zobacz wideo

Prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew ogłosił w środę, że misja pokojowa w Kazachstanie wojsk Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB) pod przywództwem Rosji została zakończona. Wycofywanie wojsk ODKB ma się rozpocząć 13 stycznia i potrwać 10 dni. 

Zagraniczni żołnierze pojawili się w Kazachstanie na prośbę władz, które nie mogły sobie poradzić z protestem obywateli. Demonstracje początkowo były związane z dwukrotną podwyżką cen gazu LPG, używanego jako paliwo, lecz z czasem nabrały charakteru politycznego.

Pacyfikacja protestów zaczęła się blisko tydzień temu, w sobotę 8 stycznia. Według informacji przekazywanych przez kazachskie media zginęło ponad 160 osób. Wśród ofiar były też dzieci. Do tej pory zatrzymano 12 000 ludzi.

- Na ulicach nie ma ludzi, trwają aresztowania, są naciski na media, dziennikarzy, blogerów. Co chwila na Telegramie pojawia się informacja, że kogoś wzięto na przesłuchanie, do kogoś napisano list z pogróżkami. Ewidentnie ma miejsce masowe zastraszanie społeczeństwa - tak o sytuacji w Kazachstanie mówiła w TOK FM dr Ludwika Włodek ze Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.

Za Kazachami nikt się nie wstawił

- Najgorsze jest to, że po prostu nikt się za tym społeczeństwem kazachskim nie wstawił. Lakoniczne uwagi, że wzywamy do spokoju to za mało, gdy prezydent państwa mówi, że wydał rozkaz, żeby strzelać bez ostrzeżenia, tak żeby zabić. I co? I nic, poza kilkoma łagodnymi wezwaniami do spokoju, nic się nie stało - oceniła rozmówczyni Agnieszki Lichnerowicz.

Podkreśliła, że do tej pory władze Kazachstanu nie były w stanie udowodnić tezy, że protesty były elementem agresji międzynarodowej. A to ten argument zdecydował o tym, że do kraju wjechali żołnierze z Rosji, Białorusi, Tadżykistanu, Armenii i Kirgistanu.

- Władze nie dały żadnego dowodu, że to jest atak z zewnątrz. A jedyny, jaki próbowali dać, okazał się kompletną klapą. Aresztowały, jak się potem okazało, kirgiskiego jazzowego pianistę, który przyjeżdżał na koncerty do Ałmaty. Usiłowały z niego zrobić chuligana, który za 200 dolarów próbował wziąć udział w protestach i zamieszkach. Tymczasem rozpoznała go rodzina. Murem za nim stanęły władze Kirgistanu. Z całej tej ich narracji nic nie wyszło - powiedziała ekspertka z UW.

"Bajeczka o agresji z zewnątrz" 

Dr Włodek nie jest przekonana, czy wojska ODKB wyjadą z Kazachstanu. - Czy wyjadą? Nie wiem. Nie mamy żadnych możliwości, żeby to sprawdzić. No i jak już raz wjechali, to za każdym kolejnym razem będzie im łatwiej wjechać - oceniła.

A to poważne ostrzeżenie dla obywateli. - Teraz wychodząc na ulicę, będą musieli się liczyć nie tylko z przemocą ze strony władz, ale tym, że środkowo-azjatycki Układ Warszawski tam wjedzie - mówiła Agnieszka Lichnerowicz. - Niestety tak to wygląda - przyznała naukowczyni. I dodała, że "zawsze można wymyślić bajeczkę o tym, że to agresja z zewnątrz". - Jak widać, wszyscy to "łykają". Chińczycy powiedzieli: tak, wierzymy, że to była agresja. Nawet ci prezydenci, którzy sami pochodzą z buntu ludowego, jak Nikola Paszynian (prezydent Armenii) tak powiedzieli - zaznaczyła dr Ludwika Włodek.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM