"Jest mi z tą wojną bardzo źle. Czuję wstyd". Wojna Putina oczami Rosjanki, która mieszka w Polsce

- Od dłuższego czasu z kolegami ze stowarzyszenia Za Wolną Rosję działamy na rzecz wsparcia Rosjan, którzy są aktywni w opozycji rosyjskiej - mówiła w TOK FM Anastazja Siergiejewna. Przekonywała, że nie wszyscy Rosjanie popierają Włądimira Putina. - Ludzie po prostu strasznie się boją wychodzić na ulice. Nie widzą żadnej siły, która mogłaby ich wesprzeć - argumentowała.
Zobacz wideo

W weekend Rosjanie znów wyszli na ulice, by zaprotestować przeciwko inwazji na Ukrainę. Portal OWD-Info, monitorujący represje polityczne w Rosji, poinformował, że co najmniej 4816 osób w 59 rosyjskich miastach zostało w niedzielę zatrzymanych za udział w protestach. Według portalu od 24 lutego, dnia inwazji Rosji na Ukrainę, za udział w antywojennych protestach zatrzymano w Rosji ponad 13 tys. osób.

Mieszkająca w Polsce Rosjanka Anastazja Siergiejewna mówiła w TOK FM, że rozumie, dlaczego jej rodacy wychodzą na ulice, bo czuje to, co oni. - Jest mi z tą wojną bardzo źle. Od pierwszego jej dnia czuję wstyd. Oczywiście nie jestem taką Rosjanką, która wspierała reżim Putina. Od dłuższego czasu z kolegami ze stowarzyszenia Za Wolną Rosję działamy na rzecz wsparcia Rosjan, którzy są aktywni w opozycji rosyjskiej. Czujemy ten wstyd, bo zamiast nas, Rosjan, w tej wojnie umierają Ukraińcy - mówiła członkini Stowarzyszenia Za Wolną Rosję.

Przyznała, że w Rosji protestuje bardzo niewielka część społeczeństwa, bo - jak oceniła - większość z nich ma "syndrom sztokholmski". - Od wybuchu wojny widzę zachodzącą zmianę w myśleniu Rosjan. W pierwszych dniach większość z nich starała się unikać myśli o wojnie. Teraz o niej myślą, ale boją się przeciwko niej wypowiadać. Mają syndrom sztokholmski, szukają usprawiedliwień - stwierdziła.

Zwróciła także uwagę, że Rosjanie są zastraszeni. Między innymi przez zaostrzanie sankcji grożących tym, którzy protestują, nie zgadzają się z polityką władz. Pod koniec minionego tygodnia w Rosji zaostrzono prawo dotyczące rozpowszechniania fake newsów o działaniach sił zbrojnych Rosji. Za mówienie, co dzieje się w Ukrainie, grozi do 15 lat więzienia. - Ludzie po prostu strasznie się boją wychodzić na ulice. Nie widzą żadnej siły, która mogłaby ich wesprzeć. Nawet ci, którzy od dłuższego czasu występowali przeciwko Putinowi, nie mają żadnego wsparcia - mówiła rozmówczyni Piotra Maślaka.

Jak dodała, dlatego tak ważne jest, by ludziom, którzy nie popierają rządów Putina, okazywać wsparcie. - Nasze stowarzyszenie stara się to robić. Ważne jednak, by Polska i inne kraje, które rozumieją, o co chodzi w tej inwazji, wysłały do Rosjan, którzy się sprzeciwiają wojnie, komunikaty, że mogą liczyć na wsparcie - podkreśliła.

Ilu Rosjan musi sprzeciwić się wojnie, żeby zatrzymać Putina?

Do protestów w Rosji odniosła się w TOK FM także Katarzyna Przybyła z Collegium Civitas. Jej zdaniem mają duże znaczenie i mogą się okazać "najlepszym i najbezpieczniejszym" sposobem na zatrzymanie Władimira Putina, który dokonuje inwazji na Ukrainę. - Jeśli obywatele wychodzą na ulice, bo uznają, że władza nie ma racji, a później następują zmiany, to unikamy konfrontacji politycznej między państwami. To też najlepsza opcja dla Ukrainy, Rosji, Białorusi, bo w krajach, gdzie dochodzi do zmian bez użycia przemocy i w wyniku działania obywateli, są większe szanse, że w najbliższych kilku latach nie dojdzie do wojny domowej i że będzie tam demokracja oraz przestrzeganie praw człowieka - wyjaśniała ekspertka.

Ilu ludzi musiałoby wyjść na ulice, żeby doszło do takich zmian? - Badania i historia pokazują, że aby takie protesty odniosły sukces, musi się w nie włączyć 3,5 proc. społeczeństwa. W przypadku Rosji to ok. pięciu mln obywateli, a w przypadku Białorusi to ok. 300 tys. ludzi. Oni nie muszą wyjść w tym samym momencie na ulice, wystarczy, że powiedzą "nie". Można to zrobić na różne sposoby, np. protestować w internecie czy angażując się w działania, które są obywatelskim nieposłuszeństwem - tłumaczyła.

DOSTĘP PREMIUM