"Toniemy razem z Putinem. Chyba nie mamy już odwrotu". O Polakach mieszkających w Rosji

Gdy pierwszy raz przeczytał o wojnie, to oniemiał i przekazał telefon swojej dziewczynie - Rosjance. Mimo tego, że siedzieli obok siebie, to ona miała wrażenie, że wojna jest gdzieś daleko, a on, że tuż obok. Teraz o tym nie rozmawiają. - Nie chcę, żeby wszystko się zawaliło. Jestem Polakiem, ale moje życie to Rosja - mówi Michał Lisiewicz.
Zobacz wideo

Gdy wybuchła wojna, był akurat na nartach w Armenii. Starał się odpocząć, bo na co dzień w Moskwie pracuje jako budowlaniec, ale wojna sączyła się z mediów i wywoływała u niego wewnętrzny ścisk.

- Czułem w sobie napięcie. Jako Polak zacząłem się bać o to, co będzie dalej, co Putin jeszcze wymyśli. Bo mam rodzinę w Polsce i nie chciałbym, żeby coś jej się stało. Gdy później rozmawiałem z ciocią, mówiła, że Putin zerwie się z łańcucha i pójdzie dalej. Moi znajomi Rosjanie tego strachu nie mają. Myślą, że zatrzyma się w Ukrainie – mówi Leon Bater.

W Moskwie mieszka od urodzenia, ma zarówno rosyjskie, jak i polskie obywatelstwo, ale - jak mówi - w sercu czuje, że jest Polakiem. Dodaje, że to zasługa jego ojca, wieloletniego korespondenta polskich mediów w Rosji - Wiktora Batera, który zmarł przed dwoma laty. - To on zakorzeniał we mnie polskość. Dlatego gdy znajomi z Moskwy pytali mnie, komu będę kibicował w meczu Polski i Rosji, to zawsze odpowiadałem, że naszym, czyli Polakom – tłumaczy.

Teraz sprawy się skomplikowały. I kiedy spotyka się z Rosjanami, jak ognia unika rozmowy o napięciu, jakie w sobie nosi. - To nie jest temat, który chciałbym poruszać w pracy czy przy piątkowym piwie. Staram się też, żeby znajomi nie mówili ze mną o wojnie czy sankcjach. Bo to teraz w Rosji ciężkie tematy. Nasze zdania mogą się różnić, a nie chcę konfliktów ze znajomymi - podkreśla Bater.

Po wybuchu wojny zastanawiał się, czy nie opuścić Rosji. Doszedł jednak do wniosku, że "to nie jest dobry czas na takie decyzje". - Bo ja nie chciałbym wyjechać sam, tylko ze swoją dziewczyną. A ona jest Rosjanką, co oznacza, że na Zachodzie będzie miała kłopoty. Bo tam teraz wszyscy są przeciwko Rosjanom. Niezależnie od tego, jakim jest człowiekiem, będzie miała trudności, bo przynależy do narodu, który wybrał Putina - ocenia.

Jest rozdarty również dlatego, że w Rosji żyje jego matka. Gdyby więc zdecydował się wyjechać, to musiałby ją zostawić. - Trzeci powód, który powstrzymuje mnie przed wyjazdem, to studia. Jestem już na ostatnim roku hotelarstwa i zostało mi ledwie kilka miesięcy do dyplomu – opowiada.

Wojna takich "niuansów", jak relacje z bliskimi czy plany na przyszłość, nie uwzględnia. Wszystko maluje na czarno lub biało. Tylko co teraz w Rosji jest czernią, a co bielą?

Zadyszka

- No właśnie... nie wiem – zaskakuje mnie odpowiedzią drugi z rozmówców. Michał Lisiewicz w Moskwie mieszka od 9. roku życia, czyli od 17 lat. Przeprowadził się z ojcem, który przyjechał do Rosji za swoją miłością – długo po tym, jak owdowiał. - Natalia stała się moją drugą matką, a Rosja moją drugą ojczyzną. Teraz to pewnie brzmi w Polsce jak zdrada, bo wszystko, co ruskie powinienem w sobie wypalić. Tylko że to byłoby tak, jakbym wypalił większość siebie – podkreśla.

O wojnie dowiedział się z komunikatora Telegram, w dniu jej wybuchu - 24 lutego.  - Wstałem do pracy na magazynie i do pewnego momentu wszystko toczyło się, jak co dzień. Umyłem się, dziewczyna zrobiła mi kawę i zaczęliśmy rozmawiać o meblach, które chcieliśmy wymienić. Odruchowo spojrzałem na telefon i wtedy oniemiałem. Wszystko się zacięło - wspomina.

Przekazał telefon dziewczynie Rosjance. Mimo tego, że siedzieli w tej samej kuchni, to ona miała wrażenie, że wojna jest gdzieś daleko i nie ma się czego bać, a on, że piekło otworzyło się tuż obok.

- Wychodzi na to, że w pierwszej chwili myślałem "po polsku", bo ta wojna bardziej zagraża Polsce niż Rosji. A potem poszedłem do pracy, gdzie unikałem rozmów z kolegami o wojnie, a wieczorem pojechałem z dziewczyną po te cholerne meble. Chciałem, żeby było jak zwykle. By nic się nie zmieniło. Teraz myślę, że włączył mi się chyba instynkt przetrwania. Bo, jak jesteś zakorzeniony w Rosji, masz tutaj "drugą matkę", dziewczynę, kolegów i wszystkie plany, to rozmowa o rosyjskiej wojnie może wywrócić ci życie do góry nogami. A ty tego nie chcesz – tłumaczy Michał.

Tylko jak udawać, że wojny nie ma, skoro z Ukrainy zaczynają spływać obrazy bloków mieszkalnych rozerwanych przez rosyjskie rakiety? Albo zdjęcia rannych i matek z dziećmi koczujących w metrze. Lub tych masowo uciekających przed wojną do Polski. - Dlatego Putin szybko zmusił niezależne media do tego, żeby się zamknęły, a państwowym kazał mówić o "operacji specjalnej", zamiast o wojnie. Od tego momentu, kto nie szuka informacji o wojnie, ten ich nie widzi i może żyć jak dawniej, przynajmniej na razie. Czyli Putin narobił bałaganu, ale później go z wierzchu posprzątał. Myślę, że dla dużej części Rosjan to wygodne. Resztę roboty robi milczenie – ocenia.

Michał Lisiewicz przyznaje, że sam tę strategię milczenia stosuje w relacji ze swoją dziewczyną. Na temat wojny nie wchodzą, bo ona uważa, że to "pokojowa operacja specjalna". Nie szuka informacji, które temu przeczą, a one jej same "nie znajdują". - Ja szukam, ale gdy jestem sam. Nie konfrontuję ich też z tym, co myślą moi koledzy. Nie chcę, żeby wszystko się zawaliło. Zresztą przecież tak do końca nie wiemy, jak jest. Ukraińska strona mówi jedno, rosyjska drugie. Nie do końca wiadomo, jak to wyważyć – mówi.

Oddech Michałowi się spłyca, przez co brzmi, jakby dostał zadyszki. Widać, że to dla niego temat stresujący, więc robimy krótką przerwę. Po niej wraca do pytania, co tu jest do "ważenia". - Tak, wiem, że Rosja zaatakowała Ukrainę. Wiem, że giną tam cywile, w tym dzieci. Widzę, że Ukraina jest rozwalana. I też mnie to boli... - odpowiada.

Znów robi przerwę na złapanie oddechu, po czym dodaje: "Tylko że ja nie mam innego życia niż to tutejsze. Nie mogę 'wrócić' do Polski, bo byłem tam tylko kilka razy i właściwie zwiedzałem ją jak obcy kraj. Jestem Polakiem, ale moje życie to Rosja".

Sankcje. "Problemy pierwszego świata"

Tym, co trochę utrudnia części Rosjan wygodnie umościć się w milczeniu i udawać, że wojny nie ma, są – zdaniem moich rozmówców – sankcje.

- Po ich wprowadzeniu jak na razie niewiele się zmieniło, ale wszyscy wiedzą, że to stan tymczasowy. Dlatego jest szczegół odróżniający teraźniejszość od przeszłości. To napięcie, które wyczuwa się u ludzi, gdy jedzie się po Moskwie metrem lub idzie po ulicy. Rosjanie nie wiedzą, co będzie, kiedy sankcje zaczną mocniej działać, więc czują niepokój. Bo co zrobią, gdy ze sklepów znikną wszystkie zachodnie towary, na półkach zacznie brakować produktów, a ceny jeszcze bardziej skoczą? Nikt nie wie, jak na to się przygotować – tłumaczy Leon Bater.

Jak dodaje, póki co w Moskwie nikt nie głoduje przez sankcje. - Na moje oko ceny skoczyły o 10-20 proc. To pewnie bardziej odczuwalne jest w innych miastach i na wsiach niż Moskwie, która jest bogatsza. Chociaż nawet tutaj zaczyna robić się nieprzyjemnie, bo zdarzają się towary, których nowe ceny mogą być problemem. Np. papier do drukarki zdrożał czterokrotnie, z 250 rubli do ok. 1000. A pensje zostają te same - mówi.

Na ogół jednak niedogodności spowodowane sankcjami przypominają raczej "problemy pierwszego świata". Leon, jak inni mieszkańcy Rosji, nie może już płacić przez Apple Pay ani Google Pay, co zwłaszcza dla młodych jest jakimś utrudnieniem. Nie mogą też po pracy wyskoczyć do McDonalda, bo wszystkie zostały zamknięte na cztery spusty. - Ale przed nimi stoją już takie budki na kołach, w których można zjeść hot dogi, więc Rosjanie już wypełniają tę lukę – podkreśla. - Zamknęły się też zachodnie sklepy odzieżowe, jak Zara czy H&M. Najbardziej widać to w centrach handlowych, bo tam było ich wiele. Teraz jak idziesz po galerii, widzisz zamknięte drzwi do sklepów, a w środku pogaszone światła – opisuje.

Rosjanie nie umeblują już też mieszkania w Ikei, nie kupią najnowszego modelu iPhone’a ani nie spędzą wakacji w Europie. - Dotarło do nich, że granica z Zachodem została zamknięta, bo nie dostaną wiz od tamtejszych państw. Zwolennicy władzy winą za to obarczają Zachód, a przeciwnicy są wkurzeni na Putina za to, że do tych sankcji doprowadził. Ale ci drudzy są w mniejszości, pewnie stanowią jakieś 30 proc. - szacuje Bater.

"Toniemy razem z Putinem. Chyba nie mamy już odwrotu"

W ocenie Michała Lisiewicza najbardziej wkurzeni są młodzi, którzy zostali odcięci od Instagrama, Twittera i Facebooka. - Chociaż ta blokada działa jakoś dziwnie i nie wszyscy przestali tych aplikacji używać. Np. kiedy jestem na mieście i łączę się z internetem przez sieć komórkową, to nie mam dostępu do tych aplikacji, a gdy w domu włączam wi-fi, to normalnie ich używam. Ale fakt, wielu młodych instagramerów zostało odciętych od swoich kont, a dla nich to sposób życia. Są wkurzeni, tylko że nie wiedzą na kogo, bo nie interesują się polityką. Na Putina więc pewnie się nie obrażą, a na Zachód tym bardziej, bo go uwielbiają – podkreśla.

Swobody, jakie oferuje Zachód, uwielbiają też oligarchowie i otoczenie Władimira Putina, którzy kupowali tam rezydencje i jachty na potęgę. - Ludzie wiedzą, że te wille i statki zostały odebrane władzy. Cieszą się, bo to zawsze dobrze, gdy złodzieje zostaną okradzeni. Ale o tych luksusach już wcześniej w Moskwie się wiedziało, więc wątpię, by to zaszkodziło Putinowi – ocenia.

Luksusy luksusami, ale skoro do części Rosjan docierają informacje o masowych zbrodniach popełnianych przez ich rodaków w Ukrainie, to dlaczego tak nieliczni protestują? - Słyszałem o demonstracjach w Moskwie, ale one rzeczywiście nie były masowe i mało kto o nich mówił. Oczywiście rosyjskie media całkiem to przemilczały. Wydaje mi się, że Rosjanie nie protestują, bo się boją, że władza ich zamknie lub złamie im życie. Tylko że ich jest o wiele więcej niż ludzi władzy, więc nie wiem, jak to wyjaśnić. Ze znajomymi o tym nie rozmawiam – przyznaje Leon Bater.

- Mam rosyjskie obywatelstwo, ale nie pójdę protestować. Każdy tutaj wie, że po czymś takim jego życie może się zawalić, a nikt tego nie chce. Nawet nie wiem, czy tak wielu odetchnęłoby z ulgą, gdyby Putina odsunięto od władzy. Bo co wtedy? Przyszedłby ktoś, kto przeprosiłby się z Zachodem i dzięki temu znów Rosjanie ruszyliby na wakacje do Europy? Byłoby jak dawniej? Wątpię, bo teraz Zachód ma Rosjan za wspólników Putina. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że toniemy razem z Putinem i chyba nie mamy już odwrotu - podsumowuje Michał Lisiewicz.

Teraz z kodem: UKRAINA odsłuchasz każdą audycję i podcast TOK FM. Aktywuj kod tutaj ->

Posłuchaj:

DOSTĘP PREMIUM