USA na skraju wojny o aborcję. "Pojawiają się głosy, że karami za zabieg będą dziesiątki lat więzienia"

Sąd Najwyższy USA wydaje się otwierać puszkę Pandory - stwierdziła w TOK FM prof. Małgorzata Zachara-Szymańska z UJ, komentując temat wycieku opinii sędziów, która ma doprowadzić do obalenia amerykańskiego konsensusu aborcyjnego.
Zobacz wideo

W 1973 roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, wydając werdykt w sprawie Row vs. Wade (Row to pseudonim kobiety, która była w niechcianej ciąży, a Wade to nazwisko prokuratora), wprowadził konsensus aborcyjny, który do dziś obowiązuje na terenie kraju. Uznał wtedy, że poszczególne stany nie mogą zakazywać aborcji, tak jak chcą. Co do zasady wszędzie zabieg ma być dostępny w pierwszym trymestrze ciąży. Stany otrzymały prawo regulowania tej kwestii w odniesieniu do drugiego czy trzeciego trymestru ciąży. Przyjęto założenie, że płód jest prawnie chroniony od momentu, w którym może samodzielnie żyć poza organizmem matki.

Jednak kilka dni temu w USA wybuchła bomba, kiedy "Politico" opublikowało projekt opinii Sądu Najwyższego USA, który planuje obalić ten precedens. - To otwiera puszkę Pandory - komentowała w audycji "Świat się chwieje" prof. Małgorzata Zachara-Szymańska z Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Rozmówczyni Grzegorza Sroczyńskiego tłumaczyła, że jeśli orzeczenie zostanie zmienione, kwestie regulacji w tej sprawie zostaną przekazane w gestię stanów. Podkreśliła również, że wiarygodność opinii została potwierdzona. 

Prawo do aborcji zniesione albo ograniczone nawet w połowie stanów?

Do wejścia w życie nowych zasad wystarczy, by sędziowie SN publicznie to ogłosili. - Proporcje sędziów konserwatywnych do liberalnych w Sądzie Najwyższym (sześcioro konserwatywnych do trojga liberalnych - red.) wskazują, że to się utrzyma - dodawała prof. Zachara. Sprawa może nabrać tempa na przełomie czerwca i lipca, kiedy ogłoszony ma zostać wyrok Dobbs vs. Jackson Women’s Health Organisation, w którym zaskarżone zostały zapisy dotyczące ograniczeń w dostępie do aborcji w stanie Missisipi. 

I co wtedy? - Jak się szacuje, w około połowie stanów albo prawo do aborcji zostanie zniesione, albo poważnie ograniczone - dodawała prof. Zachara. A dr Tomasz Makarewicz, junior profesor na Uniwersytecie w Bielefeld, przyznawał, że zmiana najdotkliwsza będzie dla tych spośród kobiet potrzebujących aborcji, które są najgorzej sytuowane czy też nie znają dobrze języka angielskiego. W ich przypadku wyprawa do stanu, w którym zabieg będzie dozwolony, będzie najtrudniejsza do udźwignięcia finansowo i logistycznie.

- Ale samo przejechanie do sąsiedniego stanu też może być problemem. Pojawiają się już pomysły projektów delegalizujących "turystykę aborcyjną". Przykładem może być Teksas, gdzie jeśli rezydentka tego stanu wyjedzie do innego stanu i tam wykona aborcję, to w Teksasie będzie ścigana. Podobnie ci, którzy jej w tym pomogli. Pojawiają się głosy, że skoro aborcja to morderstwo, to należy te kobiety uważać za morderczynie. Że karami za zabieg będą dziesiątki lat więzienia - wskazywał dr Makarewicz.

Sprawa polityczna

Goście Grzegorza Sroczyńskiego byli zgodni, że sprawa aborcji może zmobilizować wyborców do udziału w głosowaniu - a już w listopadzie częściowe wybory do Izby Reprezentantów i Senatu USA. I o ile mobilizacja dotyczyć może obu stron - zarówno Demokratów, jak i Republikanów, to dziś trudno przebieg kampanii przewidzieć. 

Z jednej strony prof. Zachara uważa, że obalenie wyroku Row vs. Wade może poruszyć przede wszystkim Demokratów. Z drugiej jednak dr Makarewicz przypominał w TOK FM, że gdy Barack Obama w 2008 roku startował w walce o swoją pierwszą prezydenturę, zapowiadał, że pierwszym aktem, który podpisze, będzie kodyfikacja orzeczenia Row vs. Wade. A więc usankcjonowanie go jako prawa. - Ale nie dotrzymał tego, bo byłoby to wtedy zbyt kontrowersyjne - wskazywał gość Grzegorza Sroczyńskiego. I dodawał, że dziś wielu wyborców demokratycznych może mieć to politykom za złe i w czasie wyborów zostać w domu. 

Protesty "raczej skromne"

Ten nastrój oddała w pewnym stopniu relacja Zuzanny Leniarskiej, która w rozmowie z Anną Piekutowską w niedzielnym "Poranku Radia TOK FM" opowiadała o skali protestów, wywołanych przez publikację opinii sędziów. Przebywająca w Kalifornii doktorantka na Wydziale Artes Liberales UW i stypendystka Fulbrighta na Uniwersytecie Stanforda manifestacje określiła jako "raczej skromne".

- Ale tu (w Kalifornii) raczej nie ma się co spodziewać zaostrzenia prawa, bo jest to stan liberalny. Politycy przygotowują się raczej na przyjmowanie szukających pomocy kobiet z sąsiednich stanów - dodawała. Pytana o nastrój związany z wybuchem tematu, wskazywała na powtarzające się w jej rozmowach ze znajomymi poczucie zmęczenia tymi dyskusjami i rozczarowaniem tym, "że nie jest to oczywistość, że cały czas musi się toczyć jakaś walka".

DOSTĘP PREMIUM