Rosjanie otworzyli w niej piekło. Mimo to zapewnia: Ruszyłabym im na ratunek

- Planowałam z Olegiem ślub i że swój ostatni semestr studiów spędzę beztrosko w Polsce. Ale teraz mogę żyć tylko w tym, co jeszcze mam, czyli "tu i teraz". Bo robiąc plany podczas wojny, traci się siłę do życia - mówi Victoria Ptashynska . Zapewnia, że mimo krzywdy, której doświadczyła od Rosjan, jest gotowa ich ratować.
Zobacz wideo

Od ponad trzech miesięcy Victoria Ptashynska tłumaczy na angielski dramaty ludzi z Mariupola, Doniecka i Chersonia. Mówi: "Tej pani Rosjanie zabili syna", "Mama tego dwulatka zmarła od kul". To rzeczywistość, którą 22-latka wcześniej znała tylko z opowieści babci i z lekcji historii. Dzisiaj pomaga ją zrozumieć medykom ze Szkocji, Australii, Francji i Włoch, którzy przyjechali do Ukrainy, by pomagać ofiarom wojny.

Victoria przekłada na angielski również dolegliwości, które wojna nasiliła u Ukraińców. Są to: arytmia, bóle w klatce piersiowej, szumy uszne, drżenie mięśni, nadciśnienie. I problemy z oddychaniem, bo Ukraina jest ostatnio jak miejsce, z którego wyssano tlen. Oddechy są tam płytkie, szybkie, urywane.

- Jestem tłumaczką medyczną i pracuję w mobilnych klinikach międzynarodowej organizacji Lekarze bez Granic. Jeździmy głównie do szkół, w których są azyle dla uchodźców ze wschodnich rejonów Ukrainy. Jest ich tak wielu, że szpitale i tutejsi medycy nie wyrabiają w niesieniu pomocy. Do nich trafiają nagłe przypadki, czyli np. ludzie z ranami postrzałowymi, a my ratujemy tych, którym wojna odebrała wszystko, zrujnowała zdrowie i zaostrzyła problemy z sercem, cukrzycą czy astmą. Nie mają leków, a są jeszcze w szoku i trudno im samodzielnie szukać pomocy. Mamy w zespole też psychologa, który pomaga straumatyzowanym osobom – opowiada 22-latka.

Mówi, że wojna to piekło, które wymyka się słowom. Mimo to mozolnie dzień po dniu próbuje tłumaczyć zdania, które to piekło opisują: "Gdy ten pan uciekał samochodem z Mariupola, okupanci otworzyli do niego ogień".

Dziesięciolatka pytała, jak podczas nalotu ma padać na ziemię

Anglistykę na Uniwersytecie Łódzkim zaczęła w 2019 roku. Marzyła, żeby studiować w Polsce, bo – jak mówi – tutaj jest wyższy poziom nauczania. Poza tym jej babcia była Polką i jej mama też nią się czuje, mimo że urodziła się już w Ukrainie. Dlatego Victoria chciała pomieszkać w kraju, do którego prowadzą jej korzenie.

W sobotę 26 lutego miała wyjechać do Łodzi, by zacząć ostatni semestr studiów licencjackich. Jednak dwa dni wcześniej zbudził ją telefon, w którym usłyszała głos swojego chłopaka Olega: "Wstawaj szybko i pakuj się. Wybuchła wojna!". - Nie uwierzyłam. Pomyślałam, że ze mnie kpi. Powiedziałam mu, że to nie jest śmieszne. Ale gdy tylko wyszłam z półsnu, to zaczęłam przeglądać media społecznościowe i zobaczyłam filmiki z wybuchami, do których dochodziło w różnych częściach Ukrainy. Ubrałam się i pobiegłam do rodziców, którzy mieszkają za ścianą. Oni też nie uwierzyli. Stwierdzili, że panikuję, a przecież nic się nie dzieje. Obraziłam się i wróciłam do siebie – wspomina.

Wkrótce później na ulicach jej rodzinnej Winnicy włączyły się alarmy w samochodach, bo Rosjanie zbombardowali pobliską Kalinówkę. Zaraz zawyły też syreny alarmu lotniczego. - Mama wtedy przybiegła do mnie i kazała się pakować. Nie miałyśmy nawet pomysłu, dokąd uciekać, ale to był taki odruch. Nie pojmowałyśmy, co się dzieje. Cały ten dzień był niezrozumiały – mówi.

Po ulicach biegali przerażeni ludzie. Przed stacjami benzynowymi, bankomatami i sklepami natychmiast ustawiły się kolejki. Mieszkańcy Winnicy w panice lali do baków benzynę, wybierali pieniądze i kupowali makarony, ryże, kasze. - Najpierw zaczęłam się śmiać, bo czasem tak reaguję w sytuacjach stresowych. A później poczułam strach, który nie odstępował mnie przez kolejne dni. Z tego czasu pamiętam głównie zmęczenie, bo każdej nocy po kilka razy zrywał mnie z łóżka alarm lotniczy. Biegłam do łazienki albo na korytarz, który był dla nas schronem – relacjonuje.

Rodzice Victorii uznali, że ich dom nie jest bezpieczny, bo w sąsiedztwie znajduje się jednostka wojskowa, która może stać się celem armii Putina. Ptashynska przeprowadziła się więc do cioci na drugi koniec miasta, ale i tam było strach mieszkać, bo na pobliskie lotnisko spadły rosyjskie rakiety. W końcu więc 22-latka zamieszkała z daleka od punktów zapalnych - u Olega i jego mamy.

- Przez pierwsze dni pomiędzy alarmami ogarnialiśmy piwnicę, bo były tam szklanki i słoiki z ogórkami, które trzeba było wynieść, żeby w razie wybuchu nas nie pokaleczyły. Ta piwnica słabo nadawała się na kryjówkę, bo była mała i brakowało dopływu powietrza, ale innej nie mieliśmy. Trzeciego dnia zorientowaliśmy się, że z mieszkania zniknęły wszystkie owoce i warzywa. Okazało się, że Sonia, 10-letnia siostra Olega, wszystkie je spakowała i zaniosła do piwnicy, żebyśmy mieli co jeść. Nie płakała, nie panikowała, tylko pytała, jak podczas nalotu ma padać na ziemię. Szkoda mi jej, bo to nienormalne, że w tym wieku musiała myśleć o czymś takim – przyznaje.

W piwnicy Victorię męczyła klaustrofobia i ciągła myśl: "Wszyscy umrzemy". - Przez pierwsze noce mało tam ze sobą rozmawialiśmy, głównie przeglądaliśmy wiadomości w mediach społecznościowych. Czytaliśmy, że gdzieś po rosyjskim nalocie sufit piwnicy zawalił się na ludzi, co jeszcze bardziej nas dołowało. Matka mojego chłopaka starała się mnie uspokoić. Dlatego między alarmami uczyła mnie np. robienia ciasta. Teraz to może wydawać się śmieszne, ale próbowałyśmy robić coś, co przypominało nam dawne życie – podkreśla.

Kolejna taka rzecz z dawnego życia to nauka zdalna. Zdarzało się, że Victoria siedziała w domowym schronie podczas alarmów i stamtąd łączyła się z polskimi wykładowcami. - Los dziwnie się potoczył, bo pierwszy mój plan był taki, że wyjadę do Polski tydzień wcześniej. Nie zrobiłam tego, bo najpierw zatrzymała mnie choroba, a później wojna. Ale mimo jej wybuchu, martwiłam się, że zawalę studia. Dlatego wysłałam do uczelni list, w którym opisałam, czego doświadczałam. Poprosiłam, by pozwolili mi uczestniczyć w zajęciach zdalnie. Uczelnia się zgodziła i okazała mi wsparcie – podkreśla.

W tym liście Victoria tłumaczyła, że postanowiła zostać w Ukrainie z ojcem i chłopakiem, którzy byli w wieku poborowym i nie mogli opuszczać kraju. Poza tym – jak przekonywała – chciała na miejscu pomagać ofiarom wojny. "Trudno powiedzieć, czy robię dużo dobrego dla Ukrainy i czy jestem dzielna. Staram się, ale przyznaję, że czasem ogarniają mnie wątpliwości, czy nie mogłabym więcej. Zawsze wtedy wspominam babcię, która opowiadała o wojnie, o niemieckim czołgu na naszym podwórku. Ona by nie zrozumiała, gdybyśmy teraz wyjechali. Nigdy by nam nie wybaczyła" – wyznała w liście, który uczenia za jej zgodą upubliczniła, a potem przedrukowały go polskie media.

Za każdy taki beztroski oddech groziła kula w głowę

Na Uniwersytecie Łódzkim Victoria Ptashynska studiuje anglistykę, więc po wybuchu wojny postanowiła zrobić z tego użytek. - W pierwszych dniach rosyjskiej inwazji do mojej mamy zadzwonił Czerwony Krzyż z prośbą o użyczenie im lokalu w centrum Winnicy, w którym prowadziła szkołę śpiewu dla dzieci. Oczywiście, że się zgodziła. Zapytali ją też, czy zna tłumacza, który mógłby brać udział w niesieniu miejscowym pomocy humanitarnej. Mama odparła, że ja się do tego nadaję. Tak zaczęłam pracować dla Czerwonego Krzyża, a później dla Lekarzy bez Granic – wspomina Victoria.

Jak dodaje, wojna zmieniła jej plany. Przed jej wybuchem na studiach wybrała specjalizację nauczycielską, a więc miała kiedyś zaczynać naukę dzieci w szkołach od zdań typu: "Mój samochód jest mniej wygodny niż twój" albo "Moja siostra piecze bardzo smaczne ciasta". A okazało się, że została tłumaczką medyczną, która na angielski przekłada zdania o cierpieniu i śmierci.

- To są tragiczne historie ludzi, którzy uciekając przed wojną, zostawili wszystko. Słuchając ich, musiałam nauczyć się profesjonalizmu, czyli m.in. powstrzymywania się od płaczu. Bo jestem od pomagania i nie mogę uchodźcom dokładać swoich emocji. A to trudne, gdy spotykam np. starszą panią, która została sama z wnukami w wieku dwóch i pięciu lat. Dlaczego? Bo jej zięć trafił na front, a jej córkę rozstrzelali Rosjanie – mówi.

Ptashynska przeszła szkolenie z psychologiem i już wie, że nie powinna przynosić do domu wysłuchanych w pracy historii. Na przykład opowieści 86-latki z Mikołajowa, która jest już zniedołężniała, nie może chodzić i ciągle robi się jej duszno. Oddech bowiem spłycają wspomnienia rosyjskich pocisków dziurawiących karoserię auta, którym uciekała z synem.

Problemy z oddychaniem mają też dzieciaki, które całymi tygodniami ukrywały się w piwnicach Mariupola. Nie mogły wyjść na świeże powietrze, bo za każdy taki beztroski oddech groziła kula w głowę. - Dzieci z tych piwnic wyszły z astmą i w dodatku zostały bez dostępu do leków. Niektóre mają ledwie dwa miesiące, czyli całe ich życie przypadło na wojnę – wzdycha Victoria.

Poruszyła ją historia 5-letniej dziewczynki, która do 15 marca mieszkała z matką w zimnej piwnicy w Mariupolu. Po przyjeździe do Winnicy jeszcze długo drżała, nie mogąc się zagrzać. - Byłam w szoku. Mogłam się tylko domyślać, ile to dziecko musiało przeżyć. Nie miało dostępu do jedzenia i nie było pewne, czy przeżyje, bo pozostawało pod ciągłym ostrzałem – opisuje tłumaczka.

Pianino z Mariupola

W pamięci Victorii został też mężczyzna z Mariupola, który przed wojną miał tam dom i dobrze prosperującą firmę, a teraz z rozpaczą stwierdza, że jest bezdomny. Przed rosyjskim okupantem uciekł z 20-letnim synem, który cierpi na porażenie mózgowe. Nie może go już leczyć ani zapewnić mu kosztownej rehabilitacji. Miał powiedzieć Lekarzom bez Granic: "Nie mamy nic, nie mamy już życia". - Nie możemy pomóc temu chłopakowi z porażeniem, bo potrzebuje specjalistycznego leczenia. W takich sytuacjach staramy się zapewnić wsparcie psychologiczne. Ale też nie możemy obiecać za dużo, dać fałszywej nadziei, takiej bez pokrycia. To wszystko jest strasznie trudne – przyznaje 22-latka.

Niektórzy uchodźcy zaczynają płakać, gdy lekarz daje im lek na nadciśnienie, jakby nie mogli uwierzyć, że jeszcze cokolwiek dostaną od innego człowieka. - Tygodniami siedzieli w piwnicach i nie mieli nawet chleba. Ciężko zrozumieć te reakcje, gdy czegoś takiego samemu się nie przeżyło. Ktoś płacze, inny panikuje, kolejny milczy, a następny wybucha śmiechem. To mieszanka emocji rzadko spotykana w świecie bez wojny – tłumaczy.

Trudno jej patrzeć, jak na twarzach ludzi z Doniecka czy Mariupola gaśnie nadzieja. W pierwszej fazie wojny wyjechali stamtąd, zakładając, że przeczekają śmiertelne zagrożenie i wrócą do swoich domów. Później jednak dzwonili do sąsiada czy znajomego, który tam został i słyszeli, że Rosjanie ich domy zamienili w gruzy. Nie ma mieszkań, na które pracowali przez całe życie. Nie ma już ich bloków, nie ma osiedli, nie ma miasta. - W dodatku niektórzy stracili kontakt ze swoimi rodzicami i dziadkami, którzy nie uciekli, bo nie chcieli zostawiać swojego dobytku. Niepewność, co się z nimi dzieje, jest męką dla ludzi, których widuję – opowiada.

Wspomina również historię pianina, o którym przez całe życie marzyła jej koleżanka z Mariupola. Kupiła je tydzień przed wybuchem wojny za 15 tys. hrywien. - Długo na nie odkładała i gdy je wreszcie sprowadziła je do domu, była szczęśliwa. Po rozpoczęciu inwazji musiała je zostawić i uciekać. Przyjechała do Winnicy, dołączyła do nas jako pracowniczka socjalna i zaczęła pomagać innym. Miała nadzieję, że wkrótce wróci do swojego domu i zagra na tym pianinie. Ale któregoś dnia dowiedziała się, że nie ma już jej domu. Nie ma też pianina, które sobie wymarzyła – mówi Ptashynska.

"Ruszyłabym na ratunek Rosjaninowi"

Lekarze bez Granic podkreślają, że pomagają ofiarom konfliktów zbrojnych, kierując się etyką lekarską oraz zasadami bezstronności i neutralności. Co to oznacza w praktyce? - Na początku naszej współpracy powiedzieli, że jeśli trzeba będzie, to ruszą na ratunek rosyjskiemu żołnierzowi. Na razie nie było takiej konieczności, ale gdyby się pojawiła, to oczywiście, że jako Ukrainka też ruszyłabym na ratunek Rosjaninowi. Tak jak umiem, czyli tłumacząc go na angielski – zapewnia Victoria.

Mówi to, mimo że od prawie czterech miesięcy patrzy na piekło wojny rozpętane przez armię Władimira Putina. Piekło, które także w niej otwiera się w najbardziej niewinnych sytuacjach. Na przykład, gdy nocą nad Winnicę przychodzi zwykła wiosenna burza, która wyrywa ją ze snu i wprawia w dygot, bo trudno jest jej odróżnić grzmoty od wybuchów bomb. Albo wtedy, gdy dzwoni do niej mama i przerażonym głosem mówi, że leży na ziemi, bo nad miastem latają samoloty. Victoria nie wie, co się dzieje, więc też wpada w panikę i zaczyna płakać.

W tym piekle nikną również wszystkie plany i marzenia 22-latki. - Planowaliśmy z Olegiem ślub, ale na razie nie ma to sensu, bo on uczy się w akademii wojskowej i w każdej chwili może zostać wcielony do ukraińskiej armii. Planowałam też, że swój ostatni semestr studiów spędzę beztrosko w Polsce, a latem pojadę z chłopakiem nad morze do Turcji. Ale wojna przekreśliła wszystkie moje marzenia. W każdej chwili mogę stracić dom i życie. Nie wiem, czego spodziewać się po kolejnych miesiącach. Nie robię żadnych planów. Mogę tylko wspierać się z Olegiem i rodzicami. Możemy żyć w tym, co jeszcze mamy, czyli "tu i teraz". Bo robiąc plany podczas wojny, traci się siłę do życia - tłumaczy.

Na koniec dodaje, że nie rozumie, dlaczego Rosjanie tak wiele jej zabrali. Nie chce jednak pielęgnować w sobie nienawiści do nich. - Nie pojmuję, po co im ta wojna, ale też nie chcę mówić o nich nic. Chcę skupić się na pomaganiu, żeby nie stracić jeszcze siebie – podsumowuje moja rozmówczyni.

Czy wiesz, że możesz słuchać TOK FM przez internet bez reklam? W Radiu TOK + Muzyka zamiast reklam usłyszysz muzykę. Kup TOK FM Premium w promocyjnej cenie 1 zł za pierwszy miesiąc, później 13,99 zł za każdy kolejny.

Nie czekaj, wypróbuj Radio TOK FM bez reklam!

DOSTĘP PREMIUM