"Przeszukujemy gruzy. Obok pracownicy komunalni koszą trawę". Polski strażak ochotnik o życiu w Charkowie

- Najbardziej przerażające jest chyba, kiedy jedzie się na Sałtiwkę, wchodzi się do budynku, gdzie mieszkało np. tysiąc osób. Przedostajemy się tam za pomocą technik linowych i trafiamy w miejsce, gdzie są wypalone pokoje, kuchnie. Widać, że tych ludzi ta wojna zaskoczyła. Są poprzewracane lodówki, a w nich jeszcze żywność, która miała służyć następnego dnia - mówił w TOK FM Jerzy Jurczyński grotołaz i polski strażak-ochotnik w Charkowie.
Zobacz wideo

Charków na wschodzie Ukrainy wciąż jest narażony na rosyjskie ostrzały rakietowe. Tylko ostatniej nocy wskutek ataku z wieloprowadnicowej wyrzutni rakietowej zginęła jedna osoba. W późniejszych godzinach Rosjanie ostrzelali miasto pociskami dalekiego zasięgu, niszcząc między innymi kompleks hotelowo-restauracyjny. O tym, jak wygląda sytuacja w mieście, w "Światopodglądzie" w TOK FM mówił Jerzy Jurczyński, strażak ochotnik z Charkowa. 

Rozmówca Agnieszki Lichnerowicz to koordynator pomocy humanitarnej dla Ukrainy w fundacji Siępomaga. - Jestem zawodowcem, który chyba troszeczkę przesadził - śmiał się. I opowiadał jak doszło do tego, że został strażakiem w pogrążonej w wojnie Ukrainie, gdzie pojechał dostarczyć pomoc. - Postanowiłem wykorzystać moje doświadczenia, umiejętności taternika jaskiniowego i zamiast pojechać na eksplorację jaskiń we włoskie Alpy zostałem w Charkowie i od dwóch miesięcy pracuje razem z grupą ratownictwa wysokościowego strażaków. Mieszkam z nimi, żyję. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak się to tutaj rozwinie - relacjonował Jurczyński.

"Naloty zdarzają się każdego dnia, każdej nocy"

Jak mówił, zadaniem zespołu wysokościowego jest usuwanie gruzowiska w budynkach, które mają po kilkanaście pięter i przeszukiwanie, czy wśród tych gruzów nie ma jeszcze ofiar, czy niewypałów. - To dość ekstremalna praca. Dzisiaj od rana do godziny 16 pracowaliśmy na 16-tym piętrze na Sałtiwice - wskazał strażak ochotnik. Jurczyński podkreślił, że w Charkowie straż pożarna wyjeżdża do pożarów praktycznie cały czas. - Naloty zdarzają się codziennie. Każdego dnia, każdej nocy. W tej chwili koledzy strażacy wyjeżdżają na kolejny alarm po ataku rakietowym - mówił.

Sałtiwka to najdalej wysunięta na północ dzielnica Charkowa, brutalnie ostrzelana w pierwszych dniach wojny. - Zdjęcia z Sałtiwki obiegły świat. Ale proszę sobie wyobrazić osiedle na którym przed wojną mieszkało 400 tys. ludzi. Większość tych bloków została zniszczona. To tak jakby atak rakietowy został przeprowadzony na Ursynów. Domy zostały zniszczone, wypalone, najwyższe kondygnacje budynków się zawaliły. Ludzie opuścili to miejsce - powiedział Jurczyński. I dodał, że według niego "Sałtwika jest symbolem tej wojny, okrucieństwa i barbarzyństwa, którym kierują się najeźdźcy". - Nie był to żaden cel strategiczny - podkreślił. - Najbardziej przerażające chyba jest, kiedy jedzie się na Sałtiwkę, wchodzi się do budynku, gdzie mieszkało np. tysiąc osób. Jest to kilkanaście pięter. Przedostajemy się tam za pomocą technik linowych i trafiamy w miejsce gdzie są wypalone pokoje, kuchnie. Widać, że tych ludzi ta wojna zaskoczyła. Są poprzewracane lodówki, a w tych lodówkach jeszcze żywność, która miała służyć następnego dnia - powiedział. - Trzeba to zobaczyć, trzeba wsłuchać się w tę ciszę i poczuć zapach tej spalenizny, spalonego miasta. Jest to przerażające - dodał.

"Przeszukujemy gruzy na 16-tym piętrze. Obok pracownicy komunalni koszą trawę"

Mówił, że Charków, choć jest miastem frontowym, jednak funkcjonuje. - Ludzie w Charkowie są naprawdę niezłomni, starają się nie poddawać, normalnie żyć - wskazał. I wrócił do obrazu z Sałtiwki. - Prowadzimy prace wysokościowe. Na horyzoncie widać wybuchy, słychać odgłosy bombardowań, a jednocześnie pojawiają się pracownicy komunalni, którzy na tym opuszczonym osiedlu koszą trawniki - powiedział. - Miasto robi wszystko, żeby się nie poddać - podsumował Jerzy Jurczyński, strażak-ochotnik w Charkowie. 

Przed rosyjską inwazją w Charkowie mieszkało ponad milion 600 tysięcy osób. Teraz szacuje się, że w mieście pozostało około 700 tysięcy mieszkańców.

DOSTĘP PREMIUM