"Ukraina przyswoiła taktykę zielonych ludzików" i uderzyła w Krym. Ekspert: Putin może rzucić pociski jądrowe

Za eksplozjami na rosyjskim lotnisku wojskowym na Krymie stoją Ukraińcy - uważa gen. Tomasz Drewniak. Jak mówił w TOK FM, przyswoili rosyjską taktykę "zielonych ludzików" i na nią odpowiedzieli. - To operacja służb specjalnych lub wojsk specjalnych, która została przeprowadzona przez zaangażowanych ludzi nadal obecnych na Krymie - ocenił.
Zobacz wideo

We wtorek na rosyjskim lotnisku wojskowym w Nowofedoriwce na zachodnim brzegu Krymu doszło do serii wybuchów. Do ich spowodowania wciąż oficjalnie nie przyznaje strona ukraińska. Także Rosjanie nie potwierdzają doniesień, aby był to atak rakietowy Ukraińców. - Tłumaczenie Rosjan, że to oni sami w swojej bazie wysadzili swoje pociski, jest absurdalne i w ogóle go nie biorę pod uwagę - mówił w "A teraz na poważnie" w TOK FM gen. Tomasz Drewniak, były inspektor Sił Powietrznych i ekspert Fundacji Stratpoints. Zdaniem rozmówcy Mikołaja Lizuta Rosjanie "dokładnie wiedzą, kto ma z tym coś wspólnego, bo jeśli nie oni sami, to zostaje tylko strona ukraińska". - I też wiedzą, jak to zostało zrobione. Ale nigdy się do tego nie przyznają - ocenił.

Według eksperta za atakiem stoją więc Ukraińcy, którzy w naturalny sposób chcą teraz osłonić swoich ludzi. - Myślę, że Ukraina specjalnie mówi, że nie bierze za to odpowiedzialności, bo nie chce zdradzić sposobu, jakim to zrobiła - stwierdził.

Gość TOK FM uważa, że Ukraina przyswoiła taktykę "zielonych ludzików", którą skutecznie stosowała Rosja w 2014 roku na Krymie. - Ukraina chyba teraz na nią odpowiedziała. Czyli to operacja służb specjalnych lub wojsk specjalnych, która została przeprowadzona przez zaangażowanych ludzi nadal obecnych na tym terenie. Dlatego Ukraina nie chce ich zdradzić - powiedział. Doprecyzował, że - jego zdaniem - "ktoś, kto sprzyja Ukrainie i przebywa na terenie bazy, dokonał dywersji".

Jak zauważył Mikołaj Lizut, "New York Times" twierdził zaś, że ataku dokonano ukraińskimi rakietami. Tymczasem odległość od linii frontu to jakieś 200 kilometrów. Według generała taki scenariusz teoretycznie jest możliwy, bo siły ukraińskie dysponowały postsowieckimi rakietami, które są w stanie wystrzelić na taką odległość. Jak mówił, możliwe jest także użycie pocisków ATACMS do wyrzutni HIMARS, bo mają dokładnie taki zasięg. Ale wciąż nie ma potwierdzenia, czy dotarły one ze Stanów Zjednoczonych.

Jak jednak podkreślił, zdecydowanie bardziej prawdopodobną hipotezą jest działanie grupy dywersyjnej, zwłaszcza że - jak podkreślił - mamy do czynienia z ciągiem podejrzanych zdarzeń. - Wcześniej wybuchały magazyny z amunicją i z paliwem. Rosjanie ciągle mówili o jakichś nieprawdopodobnych sytuacjach, że to wszystko się samo dzieje. Ja jestem raczej daleki od tego, że coś się samo dzieje - argumentował gen. Drewniak. 

Rosja może użyć "szantażu atomowego"

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski we wtorek wieczorem przypomniał, że od zajęcia Krymu zaczęła się rosyjska wojna z Ukrainą i tam też musi się zakończyć. Prezydent powiedział, że wierzy w odzyskanie półwyspu przez Ukrainę.

Gen. Drewniak nie jest jednak w tej kwestii optymistą. - Chciałbym, żeby tak było. Mam jednak co do tego wielkie wątpliwości. Dziś na froncie sytuacja jest patowa. Rosjanie mają ogromny potencjał. I nie wiem, czy Ukraina, nawet przy dostawach nowoczesnej broni z Zachodu, jest w stanie wypchnąć Rosję z terenów, które zajęła w tym roku, a potem jeszcze z tych, które zajęła w 2014 - ocenił.

Jak dodał, Kreml, będąc w opałach, może użyć "szantażu atomowego". - Rzucą taktyczne bomby czy pociski jądrowe i zatrzymają Ukrainę, do czego też są zdolni - alarmował.

Ekspert podkreślił jednocześnie, że w przypadku Krymu groźby atomowe są dużo bardziej realne niż w przypadku terenów odbijanych obecnie Ukrainie. Jak tłumaczył, Rosjanie dokonali aneksji Krymu i jest dla nich częścią Federacji Rosyjskiej. - A zgodnie ze strategią nuklearną Rosji za zaatakowanie jej terenu bronią konwencjonalną, atakujący może się spodziewać odpowiedzi bronią atomową - wskazał. Gość TOK FM dodał, że w związku z tym świat może wywierać presję na Ukrainę, by zaprzestała ataków na Krym. - Może być tak, że niektóre kraje będą się tego obawiały i zatrzymają Ukrainę poprzez wstrzymanie dostaw broni czy ich ograniczenie - wskazał gen. Drewniak. 

"Nawet Putin skarbonkę miał dużą, to ona się kiedyś skończy"

Były inspektor polskich Sił Powietrznych mówił, że nadziei należy upatrywać w tym, że Rosja - przyduszona sankcjami - być może niedługo rozpocznie rozmowy pokojowe. Zwrócił uwagę, że ataki rakietowe strony rosyjskiej są coraz rzadsze, bo najprawdopodobniej kończą się im rakiety, a do ich produkcji brakuje nowoczesnych komponentów. - Może się okazać, że Rosja zostanie na końcu z najprostszym uzbrojeniem, które nie wymaga nowoczesnych technologii, czyli z karabinem, armatą czy z czołgiem, w którym może już np. nie działać termowizja lub laserowe systemy celowania. I to może być gwoździem do trumny - powiedział.

- A drugim poważnym gwoździem są pieniądze. Nawet jeśli Putin tę skarbonkę miał dużą, to ona się kiedyś skończy. A jak powiedział kiedyś klasyk: "Do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze". I tutaj może się okazać, że Rosja przyduszona do muru, będzie musiała siąść do stołu negocjacji - podsumował ekspert Fundacji Stratpoints.

DOSTĘP PREMIUM