"Mój kolega przez dwa miesiące nie wyszedł z domu". Łapanki w samozwańczych republikach na wschodzie Ukrainy

Rosjanie od miesięcy na front wysyłali i wysyłają mieszkańców samozwańczych Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych. - Niedawno rozmawiałem z koleżanką z Doniecka. Opowiadała, że w mieście nie ma cywilów, zmobilizowano każdego. Wzięli nawet inwalidów, ludzi psychicznie chorych, upośledzonych - relacjonował w TOK FM Tomáš Forró, słowacki dziennikarz, autor książki "Apartament w hotelu wojna. Reportaż z Donbasu".
Zobacz wideo

Nim Władimir Putin zdecydował się ogłosić mobilizację, Kreml próbował ratować sytuację na froncie przymusowymi mobilizacjami mieszkańców wschodniej Ukrainy. Od miesięcy do walki wysyłani są mieszkańcy powstałych w 2014 samozwańczych Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej. Przymusowa mobilizacja szybko została też wprowadzona na terenach, nad którymi Rosjanie przejęli kontrolę po ataku na Ukrainę, 24 lutego.

Ukraiński wywiad twierdzi, że w samozwańczych republikach dokonano mobilizacji niemal wszystkich mężczyzn, prócz tych, którym udało się ukryć. Te informacje potwierdził w TOK FM słowacki dziennikarz Tomáš Forró, autor książki "Apartament w hotelu wojna. Reportaż z Donbasu".

- Niedawno rozmawiałem z koleżanką z Doniecka - młodą matką z dzieckiem. Opowiadała, że w mieście nie ma cywilów, zmobilizowano każdego. Wzięli nawet inwalidów, ludzi psychicznie chorych, upośledzonych. Po prostu wszyscy zostali wzięci na front i na ulicach nie widać mężczyzn - mówił w rozmowie z Agnieszką Lichnerowicz.

Cały czas są tacy, którzy się ukrywają i w ten sposób próbują uniknąć mobilizacji. - W Ługańsku mój kolega przez dwa miesiące nie wyszedł z domu. Jedzenie ze sklepu nosi mu żona, bo są tam łapanki i boi się wyjść na ulicę - mówił gość TOK FM. Podkreślił, że dużo matek, żon, sióstr na froncie straciło swoich bliskich. Często zaś zdarza się tak, że całe miesiące nie wiedzą, co się dzieje z członkami ich rodzin. - Armia im nie daje żadnych informacji. Trzeba się naprawdę bardzo starać, chodzić do urzędów, szukać znajomych w administracji, żeby w ogóle się dowiedzieć, że mąż albo syn umarł - mówił Forró.

Dziennikarz dodał, że w samozwańczych republikach na wschodzie Ukrainie, coraz więcej ludzi przestaje wierzyć w rosyjską propagandę. Dotyczy to m.in. informacji dotyczących prowadzonych przez Ukrainę ataków. - Żołnierze (z separatystycznych republik) stoją w okopach i widzą, że kilometr od nich jest rosyjska jednostka artyleryjska, która strzela do ich własnych żon i dzieci. Więc te nastroje się zmieniają. Dużo ludzi jest naprawdę sfrustrowanych. Jednym słowem nie tak sobie to wyobrażali, jak to teraz zaczyna wyglądać na okupowanych terytoriach - tłumaczył gość "Światopodglądu".

"Rosja wie, że przegrywa"

Czy mobilizacja w Rosji pozwoli Moskwie przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę? - Moim zdaniem to nic nie zmieni. Tylko potwierdza to, że Rosja jest w defensywie. Nie tylko na polu walki, ale także mentalnie - ocenił Tomáš Forró.

Jak podkreślił rozmówca Agnieszki Lichnerowicz, Władimir Putin zdecydował się na powszechną mobilizację w naprawdę złym dla Rosji momencie. - Myślę, że Rosja wie, że przegrywa i na Kremlu nie mają żadnego rozwiązania tej sytuacji - dodał autor książki "Apartament w hotelu wojna. Reportaż z Donbasu".

DOSTĘP PREMIUM