"Nie wiem, czy mężczyźni mają świadomość, że nie wrócą". Rosyjska dziennikarka o mobilizacji i ulicznych łapankach

Po ogłoszeniu częściowej mobilizacji wojskowej tysiące Rosjan jest żegnanych przez zalane łzami matki, siostry i dzieci. Inni próbują uciec z kraju z biletem w jedną stronę. - To mówi o stosunku Rosjan do wojny, o tym, że nikt nie chce umierać za Władimira Putina - mówiła o tych drugich Masza Makarowa, rosyjska dziennikarka współpracująca z telewizją Biełsat.
Zobacz wideo Rosja: Protesty przeciwko mobilizacji tłumione przez policję

W środę Władimir Putin ogłosił częściową mobilizację Rosjan w celu wysłania ich na ukraiński front. Jak podaje "Nowaja Gazeta", na jaw wyszła treść tajnego punktu rozporządzenia rosyjskiego prezydenta, mówiąca o tym, że liczba zmobilizowanych ma sięgnąć miliona, nie zaś 300 tysięcy, jak mówił minister obrony Siergiej Szojgu.

Praktycznie natychmiast po ogłoszeniu mobilizacji Rosjanie zaczęli szukać sposobu na to, jak uniknąć powołania. Błyskawicznie zdrożały bilety lotnicze, tak wielu było zainteresowanych ich kupnem. Na granicy Rosji z Finlandią, Kazachstanem, Mongolią czy Gruzją ustawiły się wielokilometrowe kolejki samochodów, a w internetowych wyszukiwarkach szczególnie często wpisywane są hasła: "jak odroczyć służbę wojskową", "jak złamać rękę".

"Nikt nie chce umierać za Władimira Putina"

Rosyjska dziennikarka Masza Makarowa przyznała w TOK FM, że rozumie tych, którzy nie chcą "iść na wojnę i zabijać".

- To mówi o stosunku Rosjan do wojny, o tym, że nikt nie chce umierać za Władimira Putina - mówiła dziennikarka współpracująca z Biełsatem. Doniesienia dotyczące utajnionego zapisu, pozwalającego na mobilizację 1 mln obywateli, skomentowała słowami: "Putin chce zalać Ukrainę krwią rosyjskich mężczyzn". - Chce zamienić milion mężczyzn w morderców, którzy zgodnie z jego pomysłem mają mordować ukraińskich cywilów i żołnierzy - mówiła w rozmowie z prowadzącym "Połączenie" Jakubem Janiszewskim.

Łapanki w zakładach pracy i na ulicach

Jak relacjonują niezależne media, osoby, które dostały już wezwanie do tzw. wojenkomatów, czyli biur werbunkowych, są zatrzymywani w swoich zakładach pracy, na ulicach i uniwersytetach. Skierowani na front zostali także biorący udział w środowych protestach przeciwko decyzji prezydenta Federacji Rosyjskiej.

Masza Makarowa poinformowała, że w Buriacji - autonomicznej republice znajdującej się w Syberii Wschodniej - zmobilizowanych zostało już tysiąc przyszłych żołnierzy. To na ich sytuację dziennikarka "Biełsatu" zwróciła szczególną uwagę.

- Niektórzy z obrońców praw człowieka, którzy zajmują się prawami narodów zamieszkujących tzw. republiki czy regiony narodowe, mówią, że to ludobójstwo. W Moskwie czy w Petersburgu mobilizacja jest bardziej zauważalna, bo tam jest więcej mediów, które to nagłośnią. W Jakucji czy w Buriacji mobilizować można nawet w nocy, bo wtedy centralna Rosja śpi i nie poświęca temu uwagi - zauważyła.

200 tys. rubli w zamian za życie

Władze rosyjskie próbują przekonać do wyjazdu na wojnę za pomocą pieniędzy. Dotyczy to zwłaszcza mieszkańców małych miejscowości, którzy na co dzień zmagają się z biedą i zadłużeniem.

- Obiecują im, że za mobilizację dostaną 200 tys. rubli (przy obecnym kursie jest to nieco ponad 16,2 tys. zł - red.). Jak zapowiedziała Duma, czyli izba niższa rosyjskiego parlamentu, do końca tygodnia rozpatrzona zostanie ustawa, która przewiduje wakacje kredytowe dla mobilizowanych Rosjan lub częściową spłatę kredytów hipotecznych. To jest to, co władza chce zaproponować w zamian za życie - mówiła gościni Jakuba Janiszewskiego.

Media obiega coraz więcej materiałów wideo, na których można zobaczyć mężczyzn czekających na autobus, który zawiezie ich na szkolenia, a później - na ukraiński front. Żegnają ich zapłakani członkowie rodziny. - Są przerażające - komentowała Masza Makarowa. - Nie wiem, czy ci mężczyźni mają świadomość, że nie wrócą, że zostaną wykorzystani jako mięso armatnie - dodała dziennikarka.

DOSTĘP PREMIUM