Wojna z TV przyszła prosto do domów Rosjan. "Teraz można znaleźć się tam, na dole, gdzie spadnie bomba"

- Wojnom, które prowadzi Putin, społeczeństwo rosyjskie przyglądało się tak jak kibice, siedząc przy piwie i patrząc na mecz. I raptem się okazało, że to się zawaliło, że wciąga tych ludzi bezpośrednio. Wojna przychodzi do domu razem z człowiekiem z komisji uzupełnień - mówił w TOK FM Wacław Radziwinowicz, publicysta i reportażysta "GW".
Zobacz wideo

Po ogłoszeniu przez prezydenta Władimira Putina mobilizacji Rosjanie wyszli na ulice. 1300 osób zostało aresztowanych. Jak tłumaczył w "Pierwszym śniadaniu w TOK-u" Wacław Radziwinowicz, publicysta i reportażysta "Gazety Wyborczej", w obecnej sytuacji "szok i protest są naturalnym odruchem".

- Musimy sobie zdać sprawę, że Putin przez ostatnie kilka lat pokazywał Rosjanom piękne wojny. Takie ładne obrazki telewizyjne, gdzie coś leci wysoko, widzi coś na dole, na ziemi. Potem huk, wielki wybuch i głos zza kadru, że udało się zlikwidować dwustu bojowników - opisywał Radziwinowicz.

Rozmówca Piotra Maślaka wskazał, że w ten sposób wojna stała się dla Rosjan telewizyjnym spektaklem. - Wojnom, które prowadzi Putin, społeczeństwo rosyjskie przyglądało się tak jak kibice, siedząc przy piwie i patrząc na mecz - relacjonował. - I raptem się okazało, że to się zawaliło, że to wciąga tych ludzi bezpośrednio. Wojna przychodzi do domu razem z człowiekiem z komisji uzupełnień. A więc teraz nie tylko w telewizji, ale w rzeczywistości, można się znaleźć tam, na dole, dokąd spadnie ta bomba i będzie piękny wybuch - powiedział były korespondent "GW" w Moskwie. 

Publicysta podkreślił jednak, że skala protestów nie jest duża. - To jest ogromny kraj, na ulicę wychodzi może 10 tys. ludzi - wskazał. Dodał jednak także, że taka sama liczba - jak pokazuje kremlowska telewizja - zgłosiła się w czwartek ochotniczo do armii. - Jestem bardzo zaskoczony tym, że tak mało. To jest wielki kraj, w którym zapał wojenny, przynajmniej od 2014 r., czyli od przejęcia Krymu, aż wrzał. 25 mln ludzi jest zdolnych do służby wojskowej. I z tego na wezwanie "wielkiego wodza" przychodzi 10 tys. ludzi ochotniczych. I to i tak nie wiadomo, czy tak do końca dobrowolnie - kontynuował. 

"Świat zamknął się na Rosję"

Jak mówił Radziwinowicz, ci, którzy wychodzą na ulice, jednak bardzo ryzykują. - To jest brawura po prostu. Bo pobiją, aresztują - wskazał. I dodał, że możliwe też, że przymusowo powołają na front. Co zresztą ocenił jako "kompletny idiotyzm".

- Rosja jest w stanie bez tego przeprowadzić tę mobilizację. Bez problemu by te 300 tys. ludzi wcielili, choćby nawet zatrzymując tych chłopców, którzy odsłużyli zasadniczą służbę wojskową. Akurat teraz, po ubiegłorocznym jesiennym poborze, kończą oni służbę. Mogliby spokojnie ich powołać jeszcze w koszarach i natychmiast mogliby uzupełnić te bardzo przetrzepane jednostki, które w tej chwili dostają łupnia w Donbasie - wskazał gość TOK FM. - Ale głupi, nadgorliwi urzędnicy robią z tego brankę, wcielenie z powodów politycznych. To bardzo niszczy. Morale takiego żołnierza nie będą wysokie - powiedział.  

Wielu Rosjan w strachu przed powołaniem na front próbuje uciekać z kraju. Biletów lotniczych praktycznie już nie ma. Dziennikarz podkreślił jednak, że ucieczka nie będzie łatwa. - Świat zamyka się na Rosję. Już nie mogą pojechać przed Polskę, Finowie też zapowiadają zamknięcie swojej granicy. Jest coraz mniej miejsc, gdzie można wyjechać - podsumował Radziwinowicz.

"Strzał w kolano"

Dziennikarz dodał, że czarę goryczy Rosjan przelało także uwolnienie przez Putina dowódców pułku Azow w zamian za wymianę na 50 rosyjskich jeńców, w tym swojego "kuma" Wiktora Medwedczuka. - Putin wykazał się niesamowitą arogancją wobec samych Rosjan. Wykonał zupełnie śmiertelny numer. Przez całe lata jego propaganda szczuła na pułk Azow. I raptem wypuścił ich z niewoli. Zrobiło to na patriotach rosyjskich fatalne wrażenie, strzelił sobie w kolano jeszcze i tym. Rosjanie widzą, że za kuma oddał tych "diabłów wcielonych" - relacjonował w rozmowie z Piotrem Maślakiem.

DOSTĘP PREMIUM