Pseudoreferenda to "ciekawa żaba do przełknięcia dla Łukaszenki". Akcja "wielki mediator" może nie wypalić

Rezultaty rosyjskich pseudoreferendów nie zdziwiły nikogo. Z "obliczeń" agresora wynika, że aneksji do Rosji chce od 87 proc. do 99 proc. mieszkańców okupowanych terenów Ukrainy. Zachód zanegował wyniki głosowania jeszcze przed jego rozpoczęciem, ale co z sojusznikami Kremla? Decyzja o aneksji będzie dla nich, a zwłaszcza dla Białorusi, jak to ujęła Anna Maria Dyner z PISM, "ciekawą żabą do przełknięcia".
Zobacz wideo Rosjanie ustawiają się w kolejce na granicy z Gruzją po ogłoszeniu mobilizacji

W obwodzie zaporoskim 93,11 proc., w donieckiej republice 99,23, w ługańskiej 98,42 proc., a w chersońskiej 87,05 proc. - tylu mieszkańców okupowanych terenów jest za aneksją do Rosji. Tak przynajmniej podała na Telegramie rosyjska agencja RIA Novosti. - Wyniki rosyjskiego pseudoreferendum w okupowanym obwodzie ługańskim na wschodzie Ukrainy są rozbieżne z liczbą ludności w tym regionie - powiedział w środę szef administracji obwodowej Serhij Hajdaj.

Hajdaj zauważył, że Rosjanie ogłosili dane, według których w pseudoreferendum wzięło udział rzekomo prawie tylu mieszkańców (1,6 mln), ilu było na listach do głosowania w obwodzie ługańskim jesienią 2012 roku w wyborach do parlamentu Ukrainy (1,8 mln). Tymczasem dwa lata później w Donbasie wybuchł konflikt z udziałem prorosyjskich separatystów i setki tysięcy ludzi opuściło ten region. - To oddaje skalę absurdu, który miał tam miejsce - skomentowała w audycji "Połączenie" Anna Maria Dyner z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Dylemat "wielkiego mediatora" Łukaszenki

Zachód, zanim jeszcze doszło do pseudoreferendów, ogłosił że nie uzna ich wyników. Tu powstaje pytanie o to, jaki stosunek będą mieli do nich sojusznicy Rosji. Jak stwierdziła gościni Jakuba Janiszewskiego, będzie to dla nich "ciekawa żaba do przełknięcia". - Kazachstan miał odmówić uznania tych rezultatów. Ciekawe, czy Rosji będzie zależało na jakiejkolwiek międzynarodowej legitymizacji. Czy, tak jak w przypadku Krymu, ktoś poza Syrią, Abchazją, Osetią Południową i Nikaraguą, uzna te rezultaty, czy jednak presja na tzw. sojuszników będzie większa - zastanawiała się.

Jak zwróciła uwagę ekspertka PISM, szczególnie ciekawe będzie to, jak na aneksję zareaguje Alaksandr Łukaszenka. Przypomniała, że prezydent Białorusi do dziś formalnie nie uznał aneksji Krymu, która miała miejsce w marcu 2014 roku. - Dla Łukaszenki będzie to trudny orzech do zgryzienia. On ciągle marzy o tym, że będzie "wielkim mediatorem" pomiędzy Ukrainą i Rosją. Tak jak było w 2014 roku. Liczy, że pogodzi te dwa narody, które w jego opinii, są braćmi. Wierzy, że zapewni mu to zwiększone uznanie międzynarodowe i otwarcie w stosunkach z państwami zachodnimi - wyjaśniła Anna Maria Dyner.

Pierwsi zmobilizowani już na froncie. "Rosja traktuje ich jak zwykłe mięso armatnie"

W rozmowie pojawił się także wątek pierwszych żołnierzy rosyjskich wysłanych do Ukrainy wskutek środowej częściowej mobilizacji. - Wychodzi na to, że część z tych osób, które bardzo szybko zmobilizowano, zostało wysłanych na front jedno- lub dwudniowym szkoleniu, czyli jeszcze krótszym, niż w przypadku tych, którzy wcześniej zgłaszali się do wzięcia udział w wojnie - stwierdziła gościni TOK FM.

- Możemy spekulować, ile z tych osób to byli wojskowi, którzy skończyli służbę kontraktową chwilę temu, a ile z nich to kierowcy, czy osoby, które odpowiadają za serwisowanie sprzętu. Jeżeli jednak to są zwykli poborowi, którzy z armią mieli do czynienia ze 20 lat temu, a nawet i tego nie - ich Rosja traktuje jak zwykłe mięso armatnie - powiedziała ekspertka.

Jednak, jak podkreśliła Anna Maria Dyner, właśnie z powodu zwiększonej liczebności rosyjskiej armii, nie należy nie doceniać jej możliwości. - To jest dodatkowe kilkaset tysięcy żołnierzy. Nawet jeżeli nie trafią na front w jednym czasie, a pewnie tak nie będzie, to zwyczajnie jest to pewna zastępowalność tych, którzy teraz walczą po stronie rosyjskiej, a nawet zwiększenie walczących po rosyjskiej stronie. To ma znaczenie dla prowadzenia działań zbrojnych. Strona ukraińska musi zdawać sobie sprawę z tego, że Rosja ciągle pokazuje gotowość do długotrwałego konfliktu - oceniła.

DOSTĘP PREMIUM