Putin "sięgnie po atomowy rewolwer"? Ekspert wskazuje "czerwoną linię"

- Daję kilka procent szans na to, że Putin w kryzysowej sytuacji posłuży się bronią nuklearną. Bo to jest taki z jednej strony racjonalny bandyta, ale także z drugiej: obsesyjny polityk - mówił w TOK FM prof. Roman Kuźniar, kierownik Katedry Studiów Strategicznych i Bezpieczeństwa Międzynarodowego UW.
Zobacz wideo

Rosyjski prezydent Władimir Putin, w obliczu porażek na froncie, coraz bardziej "wymachuje nuklearną szabelką". Podczas piątkowego przemówienia na temat aneksji części terytorium Ukrainy po raz kolejny czynił aluzje do możliwości ataku jądrowego. Tymczasem ukraińska kontrofensywa znowu nabiera tempa. W sobotę wieczorem Ukraińcy ogłosili przejęcie miasta Łyman w obwodzie donieckim.

- Po raz pierwszy w historii mocarstwo nuklearne próbuje szantażować użyciem broni atomowej po to, aby utrzymać zajęte, ukradzione przez siebie tereny - powiedział w TOK FM prof. Roman Kuźniar z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW. Wskazał, że to niezgodne z samą doktryną nuklearną Rosji. - Rosja nie jest zagrożona utratą terytorium ani egzystencji państwa. Wojna cały czas toczy się w Ukrainie i ona nie ma możliwości rażenia terytorium rosyjskiego - podkreślił.

Czy groźby Putina mogą się więc ziścić? - To jest możliwe. Daję kilka procent szans na to, że Putin w kryzysowej sytuacji posłuży się bronią nuklearną. Bo to jest taki z jednej strony racjonalny bandyta, ale także z drugiej: obsesyjny polityk - ocenił gość Przemysława Iwańczyka.

Ekspert podkreślił przy tym, że rosyjski prezydent anektował w piątek także dwa obwody, które tylko częściowo znajdują się w rękach rosyjskich. - Pytanie, jak daleko Rosjanie są w stanie się cofać np. w obwodzie donieckim, zanim sięgną do kabury, żeby wyciągnąć atomowy rewolwer. Nawet jeśli miałoby być to użycie o bardzo małej mocy - zastanawiał się prof. Kuźniar.

"Chodzi o użycie 'deeskalacyjne', żeby pokazać, że ani kroku dalej"

Kierownik Katedry Studiów Strategicznych i Bezpieczeństwa Międzynarodowego UW uspokajał jednak, że taki taktyczny, niewielki ładunek jądrowy nie musi być skierowany w stronę ukraińskich żołnierzy. - Można go zdetonować w powietrzu - na wysokości, na morzu, na jakichś względnie pustych obszarach Ukrainy, nie powodując istotnych strat cywilizacyjnych, ludzkich - wskazał. - Chodzi o tzw. użycie deeskalacyjne, żeby pokazać, że jesteśmy na to gotowi i ani kroku dalej - wyjaśnił. 

Zdaniem prof. Kuźniara, Putinowi może bowiem teraz zależeć na przerwaniu ognia i zawieszeniu broni - pod warunkiem, że utrzymałby anektowane tereny. Jak zauważył, w piątkowym przemówieniu prezydenta Rosji padła deklaracja o gotowości do jakiejś formy negocjacji. - To komunikat: Ukraino, jesteśmy gotowi zatrzymać się w tym miejscu. Zapomnij o tym, co zajęliśmy i my już dalej nie będziemy tej wojny toczyć. Ale jeżeli będziecie chcieli to odbić, jesteśmy gotowi użyć wszystkich naszych środków - wskazał ekspert.

"To jest ta czerwona linia, której Rosja nie pozwoli przekroczyć"

Jak mówił gość TOK FM, Ukraińcy jednak "mają teraz dobrą kartę" i są gotowi iść do końca i odzyskać wszystko to, co utracili. - Myślę, że jest szansa, że Ukraińcy mogą stopniowo, nie radykalnie, odbić jeszcze część swojego terytorium. Ale gdzie jest ta granica? - zastanawiał się prof. Kuźniar.

I wskazał, że Ukraina chciałaby przejąć z powrotem kontrolę także nad terytoriami anektowanymi przez Rosję w 2014 r. - To wydaje mi się jednak niemożliwe, to jest taka bariera, kiedy Rosjanie sięgnęliby po poważne środki. Te terytoria, zwłaszcza jeśli chodzi o lądowy łącznik pomiędzy Krymem a Donbasem, Rosją terytorialną, czy sam Krym - to tutaj są na to bardzo małe szanse. Mam wrażenie, że to jest ta czerwona linia, której Rosja nie pozwoli przekroczyć. Będą tego bronić tego regionu jak Stalingradu czy Leningradu w czasie II wojny światowej - podsumował prof. Kuźniar.

DOSTĘP PREMIUM