Polska "nabrała wody w usta", a ze strony USA "kilka słów za dużo". Co z Rosją? "Przyduszać, aż nie uderzy dwukrotnie ręką o matę"

Byłem zdziwiony, że do tej pory nas to omijało, biorąc pod uwagę skalę tego konfliktu i rozrzut pocisków rosyjskich, które już wcześniej padały bardzo blisko naszej granicy - powiedział w TOK FM prof. Kuźniar, komentując wtorkowy wybuch w Przewodowie. Przekonywał też, że "cały czas trzeba zwiększać duszenie" Rosji, by ta zakończyła inwazję w Ukrainie.
Zobacz wideo

We wtorek wieczorem w znajdującej się niedaleko granicy z Ukrainą wsi Przewodowo doszło do wybuchu. Zginęło dwóch mężczyzn. - Nie mamy absolutnie żadnej wskazówki lub poszlaki, która by nam pozwalała twierdzić, że był to atak na Polskę, że ta rakieta została intencjonalnie skierowana po to, żeby uderzyła w terytorium Polski, najprawdopodobniej był to nieszczęśliwy wypadek - mówił Andrzej Duda.

Jak przekazał kilka godzin później "jest wysokie prawdopodobieństwo, że była to rakieta, która służyła obronie przeciwrakietowej, czyli była użyta przez siły obronne ukraińskie".

W podobnym tonie wypowiedział się także szef NATO Jens Stoltenberg. - Wstępne analizy wskazują, że eksplozja w Przewodowie została spowodowana prawdopodobnie przez pocisk ukraińskiej obrony przeciwlotniczej, wystrzelony, aby bronić terytorium Ukrainy - mówił. 

Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (RBNiO) Ukrainy Ołeksij Daniłow powiedział, że Ukraina prosi o niezwłoczny dostęp do miejsca wybuchu rakiety w Polsce dla swych specjalistów.  Podkreślił, że Ukraina opowiada się za wspólnym, jak najbardziej szczegółowym zbadaniem tego incydentu. - Jesteśmy gotowi, by przekazać partnerom posiadane przez nas dowody rosyjskiego śladu. Oczekujemy też od partnerów informacji, na podstawie której wyciągnięto ostateczny wniosek, że chodzi o rakietę ukraińskiej obrony przeciwlotniczej - oznajmił szef RBNiO. Sam prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski jasno stwierdził: "Nie mam wątpliwości, że to była nie nasza rakieta".

"Gramy z Ukraińcami w tę samą grę"

Jak ocenił w TOK FM prof. Roman Kuźniar, wydarzenie z wtorkowego wieczoru jest czymś, co "w ferworze wojennym mogło się zdarzyć". 

- Rakiety rosyjskie to, delikatnie mówiąc, dziadostwo. Na terenie Ukrainy często trafiają bardzo niecelnie. Po ewentualnej próbie zestrzelenia przez obronę ukraińską to w dalszym ciągu mogła być rakieta rosyjska  - mówił w "Wywiadzie Politycznym" kierownik Katedry Studiów Strategicznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak dodał też, "Ukraińcy mogliby nieco spuścić z tonu". - Aczkolwiek rozumiem ich domaganie się dostępu do miejsca i przedstawienia naszych ustaleń. Gramy z Ukraińcami w tę samą grę - dodał w rozmowie z Karoliną Lewicką. 

"Byłem zdzwiony, że do tej pory nas to omijało"

Gość TOK FM, wybuch na terytorium Polski określił mianem "collateral damage". Są to, w terminologii wojskowej, szkody uboczne odnoszące się do ofiar cywilnych lub sojuszniczych. - Byłem zdziwiony, że do tej pory nas to omijało, biorąc pod uwagę skalę konfliktu i rozrzut pocisków rosyjskich, które już wcześniej padały bardzo blisko naszej granicy - przyznał także prof. Kuźniar.

Po naradzie BBN Polska nie zawnioskowała o uruchomienie artykułu 4 NATO, który mówi o konsultacjach w obliczu zagrożenia państwa członkowskiego. Prof. Roman Kuźniar zapytany o postawę NATO wobec Polski oraz rosyjskiego agresora, odpowiedział krótko. - Artykuł 4. cały czas materializuje się na różne sposoby - zastrzegł. 

- Mamy silnie zwiększoną materialną obecność sojuszu - żołnierzy, broni, uwagi. Natomiast w kategoriach dyplomatycznych, politycznych, ekonomicznych, cały czas trzeba zwiększać duszenie Rosji. Tak jak w sportach walki judo czy zapasach - trzeba Rosję przyduszać, aż nie uderzy dwukrotnie ręką o matę - tłumaczył, podkreślając, że "potrzebna jest jedność całego sojuszu, szukanie partnerów".

- Rosjanie muszą to zakończyć, gdy ból stanie się nie do wytrzymania - dopowiedział. 

Polska "nabrała wody w usta", a ze strony USA "padło kilka słów za dużo"

Sekretarz generalny Sojuszu Północnoatlantyckiego Jens Stoltenberg na konferencji prasowej w Brukseli tłumaczył z kolei, że "reagowanie na takie sytuacje to umiejętność znalezienia równowagi między zdecydowaniem i szybkością a spokojem i unikaniem niepotrzebnej eskalacji". Czy NATO, w tym Polska, znalazły tę równowagę?

- Wydaje się, że to się udało - ocenił gen. bryg. rez. Jarosław Stróżyk, także gość "Wywiadu Politycznego".  Chociaż, jak przyznał, miał zastrzeżenia do milczenia strony polskiej. - Informacje docierały do nas przez inne państwa. Brakuje u nas systemu poszczególnych resortów, zwłaszcza MON. Nie ma, jak w Pentagonie, osób, które profesjonalnie odpowiadają na pytania, uspokajają społeczeństwo lub przekazują informacje, które mogą wzbudzić pewien niepokój - ocenił przy tym. 

Z kolei, jak stwierdził, ze strony amerykańskiej "padło kilka słów za dużo". - Ta reakcja była dobra i imponująca, chociaż poszła za daleko. Na tym etapie nie możemy stwierdzić, że to nie był atak Rosji - dodał były attache obrony w Stanach Zjednoczonych i były zastępca szefa zarządu wywiadu w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli.

Do jakości informowania opinii publicznej o okolicznościach wybuchu w Przewodowie odniósł się także prof. Roman Kuźniar. - Polskie władze nabrały wody w usta. Nie wiem, czy nie dysponowały informacją, czy był tu brak kompetencji, czy też to kwestia nadymania atmosfery. W takich momentach poznajemy jednak wartość tego sojuszu - skwitował w rozmowie z Karoliną Lewicką. 

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM