Czterech zamordowanych prezydentów USA. Jakie tajemnice skrywa ich śmierć? "Osobisty lekarz zrobił wiele, by nie dać mu szansy"

W USA zamordowano ponad 9 proc. urzędujących prezydentów. Do dziś, jak mówił prof. Marcin Fatalski, najbardziej tajemniczą pozostaje śmierć Johna F. Kennedyego. - Trudno było uwierzyć, że były żołnierz, który nie mógł sobie poukładać życia i który spędził czas w Związku Radzieckim, może samotnie zorganizować zamach na kogoś tak skutecznego, potężnego i wpływowego - mówił w TOK FM ekspert Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Aż czterech prezydentów USA zamordowano w czasie pełnienia urzędu. Byli to: Abraham Lincoln, James Garfield, William McKinley i John F. Kennedy. Samych zamachów, jak przypomniał w TOK FM  dr Marcin Fatalski, było jednak więcej, w tym m.in. na Theodora Roosevelta, Geralda Forda czy Ronalda Reagana. Za tym, jak tłumaczył, stało kilka czynników, w tym głównie fakt, że przez lata Amerykanie wierzyli, że "u nich królobójstwo nie może mieć miejsca".

- Cała koncepcja amerykańskiej prezydentury opierała się na założeniu, że USA są innym krajem niż zepsuta monarchiczna Europa. Że prezydent USA to inna funkcja niż monarcha w Europie, który jest oddzielony od ludzi, niedostępny, otoczony strażą. Podczas gdy prezydent jest pierwszym obywatelem i tak jak inni obywatele może poruszać się swobodnie ulicami. Thomas Jefferson powiedział nawet: Królowie żyją w parkach, prezydenci na ulicy - przekonywał ekspert Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego w "Sprawach Różnych".

Gość Karoliny Lewickiej wskazał także na fakt, że sam dostęp do prezydenta był łatwy, czym zresztą Amerykanie bardzo długo się szczycili. Do tego stopnia, jak przypomniał, że każdy mógł wejść, podać bilecik z imieniem i nazwiskiem, zaanonsować się i uścisnąć dłoń owego pierwszego obywatela.

- To była praktyka stosowana w pierwszych prezydenturach. Dopiero zamachy na prezydentów, wreszcie zmiana realiów - państwo się rozrastało, stolica stała się miastem ludnym - spowodowały, że pojawiły się firmy zorganizowanej ochrony głowy państwa. I tak aż do dzisiejszej sytuacji, w której prezydent USA jest najpewniej najlepiej strzeżoną osobistością na świecie - podkreślił.

Samotny wilk czy ręka, która strzela? 

Gość TOK FM zwrócił także uwagę, że pogróżki wobec prezydentów USA pojawiały się jednak już bardzo  wcześnie. Szczególnie, jeśli chodzi np. o Abrahama Lincolna. - Od początku trwała kampania nienawiści przeciw niemu, nazywano go gorylem, koniokradem, uzurpatorem. Niektóre tytułu prasowe, niskie, wprost mówiły, że ten człowiek powinien być usunięty i nie powinien być w ogóle prezydentem USA - mówił i przypomniał, że pierwszy zamach na niego odbył się jeszcze przed jego zaprzysiężeniem. Łącznie było ich cztery, w tym ostatni z 14 kwietnia 1865 r. w teatrze Forda.

Zamachowcem okazał się aktor John Wilkes Booth, który oddał strzały w kierunku prezydenta z odległości zaledwie ok. 10 cm. Najpierw jednak wszedł do jego loży, poczekał, aż publiczność zacznie klaskać, a dopiero potem strzelił i krzyknął: "Tak kończą tyrani". Lincoln, postrzelony tuż nad lewym uchem, zmarł następnego dnia o godzinie 7:22.  

- Sam Lincoln opowiadał wcześniej współpracownikom, że miał proroczy sen, ale też powiedział, przy okazji dyskusji o możliwości zamachu na swoje życie: Przemyślałem to i doszedłem do wniosku, że jeśli ktoś będzie chciał mnie zabić i będzie głęboko w to wierzył, to nic go nie powstrzyma. Uznał tym samym, że nie może przedsięwziąć takich środków ostrożności i że nie zbuduje muru wiernej straży, które powstrzymałby zamachowca - dodał rozmówca Karoliny Lewickiej.

- A zamachowiec był samotnym wilkiem? Czy to ręka, która strzelała? - dopytywała prowadząca.

W ocenie dra Marcina Fatalskiego możemy mówić o spisku. Tym bardziej że obiektem ataku miał być nie tylko Lincoln, ale też inni pracownicy administracji. - Mamy do czynienia z grupą ludzi, którzy motywowani nienawiścią do prezydenta i interesami politycznymi dążyli do tego, by go uśmiercić - dopowiedział.

Detektor do wykrywania kuli 

Gość TOK FM podkreślił, że zabójstwo Lincolna to nie był jeszcze moment, by wyciągnięto wnioski w sprawie zapewnienia ochrony prezydentowi. Choć, wstrząs był potężny, to jednak jego śmierć wpisała w wielki narodowy dramat, jakim była wojna secesyjna. - Uznano, że to kolejna ofiara najbardziej spektralna i dramatyczna wojny, która pochłonęła najwięcej ofiar w historii USA -  mówił ekspert UJ. Zastrzegł przy tym, że dlatego też to nie pomyślano, że takie wydarzenie może się powtórzyć.

Tymczasem 16 lat później, 2 lipca 1881 roku, James Garfield został postrzelony przez Charlesa Guiteau - zaledwie kilka miesięcy po zaprzysiężeniu.

- Padł ofiarą człowieka, który na standardy XIX w. zostałby uznany za niezrównoważonego. To ofiara szaleńca, zaburzonego człowieka, który postanowił się zemścić za osobiste niepowodzenia - wskazał dr Marcin Fatalski. Zastrzegł jednak, że potrafił to połączyć ze sporem w partii republikańskiej - sam uważał się za republikanina.

Prezydent umarł dopiero 19 września, po miesiącach tortury. - Na miejsce szybko został wezwany osobisty lekarz, który zajął się prezydentem. Ale robiono wszystko niezgodnie z naszym wyobrażeniem o sztuce lekarskiej. Pierwsze badanie na posadzce dworca - trudno o miejsce o bardziej zanieczyszczone. Potem prezydenta przetransportowano do Białego Domu i próbowano leczyć. A do procesu zaangażowano wynalazcę telefonu Aleksandra Bella -  opowiadał.

Ten miał się posłużyć się detektorem do wykrywania metalu, by w ten sposób móc odnaleźć kulę. Jak przypomniał gość TOK FM, osobisty lekarz pozwalał jednak Bellowi badać jedną część ciała prezydenta, w której to miała znajdować się kula. Autopsja wykazała potem, że utkwiła w drugiej.

- Prezydent miał szanse przeżyć, jego lekarz osobisty zrobił wiele, by nie dać mu tej szansy. Jest nawet książka, która stawia tezę, że lekarz zrobił to intencjonalnie - podkreślił. 

Potomek migrantów z Polski 

Dwadzieścia lat po morderstwie Garfielda, na skutek ran odniesionych po strzale Leona Czolgosza, zmarł z kolei prezydent William McKinley. 

- Leon Czolgosz wywodził się z migracji, wszystko wskazuje na to, że to potomek imigrantów z Polski. Sfrustrowany, zniechęcony, postanowił uderzyć w McKinleya jako symbol amerykańskiego stylu życia, kapitalizmu, ekspansjonizmu. Był przesiąknięty ideami anarchistycznymi - skomentował dr Marcin Fatalski.

Przypomniał przy tym, że został on potem stracony na krześle elektrycznym.

Słabość USA

Dopiero po zabójstwie McKinleya, jak wskazał gość TOK FM, zdecydowano o stworzeniu profesjonalnej ochrony prezydenta USA - z Secret Service, która zajmowała się wcześniej walką z fałszerzami pieniędzy.

Mimo to 22 listopada 1963 roku podczas kampanii wyborczej w Dallas zabity został John F. Kennedy.  Lee Harvey Oswald strzelił do niego z okna składnicy książek przy trasie prezydenckiego konwoju. 

- Prezydent dostał trzykrotnie - gdyby nie gorset, który nosił ze względu na problemy z kręgosłupem, być może osunąłby się po pierwszym ze strzałów - zastanawiał się gość TOK FM. Przypomniał, że jeden z pocisków roztrzaskał czaszkę prezydenta. - Szybko przewieziono prezydenta do szpitala, gdzie po próbie reanimacji lekarza ogłosili zgon - dodał.

Wskazał też, że im więcej upłynęło czasu od momentu śmierci Kennedy'ego, tym mniej Amerykanów uważało, że stał się ofiarą samotnego zabójcy.

- Trudno było uwierzyć, że były żołnierz, który nie mógł sobie poukładać życia i który spędził czas w Związku Radzieckim - prawdopodobnie o sympatiach komunistycznych - może samotnie zorganizować zamach na kogoś tak skutecznego, potężnego i wpływowego jak Kennedy - podkreślił ekspert UJ.

Dlatego, jak dodał, uważano, że to spisek, a podejrzewano m.in. Fidela Castro, mafię czy np. Związek Radziecki. 

- To wszystko spowodowało także, że uświadomiono sobie słabość USA. Tym bardziej że Kennedy uosabiał Stany Zjednoczone, w tym sensie, że był młody, przystojny, miał dużo czaru osobistego i tchnął w USA nowe życie - wskazał także, podkreślając, że Kennedy pozwolił uwierzyć Amerykanom także w to, że świat można zmieniać. - Był prezydentem idealistą. I w tym sensie śmierć Kennedy'ego to śmierć marzenia o innych USA - skwitował w rozmowie z Karoliną Lewicką. 

DOSTĘP PREMIUM

TOK FM PREMIUM