Po tragedii w Duisburgu: "Brak wyobraźni", "katastrofa", "poszło o kasę"

- Na terenie, gdzie może się pomieścić 250 tys. ludzi i ani osoby więcej było półtora miliona ludzi - mówił w TOK FM Bartosz Wieliński, były korespondent "Gazety Wyborczej" w Niemczech. - To niewyobrażalne: zrobić tak dużą imprezę, gdzie wejście jest też wyjściem - dodał Roman Łangowski, organizator imprez masowych.

W wyniku masowej paniki , jaka wybuchła w tłumie ludzi zgromadzonych w tunelu prowadzącym na teren Love Parade, zginęło w sobotę 19 osób, a 342 zostały ranne.

- Kiedy po raz pierwszy przeczytałem tę informacje, to myślałem, że to nieporozumienie - mówił w TOK FM Roman Łangowski, organizator imprez masowych. - Niestety wiele rzeczy się potwierdza: że można zrobić imprezę z jednym wyjściem, bez dróg ewakuacji. Imprezę gdzie wejście jest wyjściem, gdzie zgłasza się 250 tys. uczestników, a pojawia się półtora miliona . To katastrofa. To jest nie do przyjęcia. Niewyobrażalny brak wyobraźni - mówił.

Bartosz Wieliński, wieloletni korespondent "Gazety Wyborczej" w Niemczech zaznacza, że przy poprzednich Love Parade, organizowanych w Berlinie, wszystko zawsze było doskonale przygotowane. - Policji były tłumy. Niemcy ściągali do Berlina policję z innych landów. Była cała masa karetek, ratowników medycznych, ludzi roznoszących wodę - komentował Wieliński. - Dla mnie to jest niewyobrażalne, że w Niemczech mogło dojść do takiej tragedii, bo patrząc jak w Berlinie było to kiedyś organizowane, to tam nie dochodziło do żadnych dramatów - dodał.

"Wchodzi tam 250 tys. ludzi i ani osoby więcej. Było półtora miliona"

- Duisburg to wielkie miasto przemysłowe i jedyna wolna przestrzeń to tereny poprzemysłowe. Jedynie na terenie byłego dworca można było zorganizować tej wielkości imprezę. Tyle, że mieści się tam 250 tys. ludzi, a niemiecka prasa już podaje, że było ich półtora miliona - mówił Wieliński.

Roman Łangowski opowiadał z kolei, że wszystko zazwyczaj jest uregulowane przepisami. Dodał, że nie wyobraża sobie jak można nie wziąć pod uwagę zagrożeń idących wraz z zaniedbaniami. - Na przykład polskie przepisy dotyczące imprez masowych są czytelne i klarowne. Tutaj wszyscy przestrzegamy tych przepisów - mówił Łangowski. - Uzgadniamy wszystko z policją, strażą pożarną, służbą graniczną. Te przepisy mówią o wyjściach ewakuacyjnych i ogrodzeniach, które można w dowolnym momencie przewrócić. W Duisburgu nie brano takich elementów pod uwagę - dodał. - Wszędzie, gdzie jest bardzo dużo ludzi, tworzy się sektory, żeby różne służby mogły dotrzeć na każdy teren imprezy. Z tego co widziałem, to tam nie było sektorowania ludzi - podkreślił.

- Mówi się już, że poszło o kasę . Wydano ją na najtańszy model ochrony. Takie oszczędności skończyły się potworną tragedią - podsumował Wieliński.

DOSTĘP PREMIUM