Wroński: uczmy się Afryki przed prezydencją UE [PUBLICYŚCI W TOK FM]

Czy prezydencja UE w ogóle ma sens? - zapytała Dominika Wielowieyska publicystów w Komentarzach Radia TOK FM. Paweł Wroński z "Gazety Wyborczej": - To olbrzymia szansa. Możemy wyrobić sobie dobrą markę.

Czy instytucja prezydencji ma sens? Węgry, sprawujące teraz prezydencję UE, nie były animatorem podczas podejmowania decyzji o interwencji w Libii - zauważała Dominika Wielowieyska.

- To był właśnie podstawowy zarzut wobec premiera Victora Orbana, że nie wziął udziału w spotkaniu dot. Libii. Premier Węgier jest krytykowany za to, że sprawy wewnętrzne zupełnie przesłoniły prezydencję. Najpierw ustawa medialna, potem konstytucja na Węgrzech - zaoponowali zgodnie goście Komentarzy Radia TOK FM.

- Prezydencja ma sens demokratyczny. Umówiono się w gronie 27 państw, że rotacyjnie jedno z nich przewodniczy: niezależnie jak jest małe, słabe, nic nie znaczące, jak nie ma rozeznania w tych sprawach, które są na porządku dziennym - powiedział Marek Ostrowski z "Polityki", który dodał, że symboliczny wymiar prezydencji nie zwalnia nas z obowiązku zajmowania się sprawami, na których znamy się mnie, niż choćby na Partnerstwie Wschodnim.

- Co my będziemy mieli do powiedzenia w sprawach np. interwencji w Afryce północnej, skoro nasze interesy są tam minimalne? Nasi politycy muszą być dobrze zorientowani, bo przewodniczenie obradom też wymaga znajomości rzeczy.

Do przykładu węgierskiej prezydencji odniósł się Paweł Wroński z "Gazety Wyborczej": - Kiedy premier Węgier nie pojawił się w Paryżu na spotkaniu o interwencji w Libii, zaczęto się zastanawiać, kto powinien prowadzić obrady, bo nie było premiera państwa pełniącego prezydencję UE. Zaczęła je prowadzić Lady Ashton, ale wszyscy zapamiętali, że Orban odpuścił, nie wypełnił swojego zadania.

- Prezydencja to olbrzymia szansa dla Polski, żeby wykazać się sprawnością polityczną. To ważna rola, po której kraj zostawia sobie markę w Europie. Prowadzenie obrad, to czasem też przerywanie ich i proponowanie porozumienia, gdy o nie trudno. Tu trzeba mieć umiejętności dyplomatyczne na poziomie ministerstw - powiedział Wroński i dodał: - Musimy wykonać nagły zwrot i uczyć się teraz Afryki Północnej. Jeśli się tym nie zajmiemy, zostanie nam to poczytane za błąd. Nasza dyplomacja powinna mobilizować specjalistów, również z czasów PRL-owskich. Posiadamy potężną wiedzę o Libii i tamtym rejonie - dodał.

Realny sukces Polski? "Umowa stowarzyszeniowa z Ukrainą"

Andrzej Stankiewicz zasiał wątpliwości, czy polscy ministrowie są na pewno gotowi do kierowania pracami Unii. - Kilku na pewno: Sikorski, Rostowski, ale nie wszyscy. A takie spotkania robocze będą kluczowe -powiedział dziennikarz "Newsweeka".

Rady ministrów unijnych spotykają się w poszczególnych składach: ministrowie rolnictwa, gospodarki, finansów etc.

Stankiewicz za najważniejszy cel polskiej prezydencji mimo wszystko uważa rozwój Partnerstwa Wschodniego.

- Realnym sukcesem będzie, jeśli Ukraina podpisze traktat stowarzyszeniowy - taką umowę, którą Polska podpisała z UE na początku lat 90. i która wyznacza perspektywę wejścia do Unii. To oznacza liberalizację zasad gospodarczych w obrocie między Polską a Ukrainą. Problem polega na tym, że sama Ukraina nie wie, czy tego chce. Decyzja Ukrainy, czy poznosić cła w niektórych gałęziach gospodarki. Wydaje się, że największym zadaniem rządu będzie przekonać prezydenta Janukowycza, że to jest właściwy kierunek. To jest realne, bo Janukowycz okazał się nie tak prorosyjski, jak się obawialiśmy.

DOSTĘP PREMIUM