"Lesbijka z Damaszku" jest... Amerykaninem

Jej relacje z ogarniętej rebelią Syrii śledziły tysiące osób na całym świecie. Stała się symbolem tamtejszej opozycji. Ale okazuje się, że blog "lesbijki z Damaszku" był wielką mistyfikacją. Za wszystkim stoi Amerykanin studiujący w Szkocji.

Założony w lutym blog "Lesbijka z Damaszku" cieszył się ogromną popularnością. Autorka 25-letnia Amina Abdallah Arraf al-Omari, pół Syryjka, pół Amerykanka opisywała bieżącą sytuację w Syrii. Pisała też o konieczności ukrywania się gejów i lesbijek przed syryjskimi siłami bezpieczeństwa.

Była symbolem opozycji, tysiące domagały się jej uwolnienia

We wpisach Amina krytykowała prezydenta Baszara Assada i jednocześnie wspierała antyrządowe protesty w tym kraju. Autorka miała w ten sposób narazić się władzom. Blogi podczas ostatnich protestów na Bliskim Wschodzie były ważnym źródłem informacji z których korzystały media na świecie i internauci.

Na początku czerwca na blogu Aminy pojawił się wpis. Mężczyzna, który przedstawił się jako "brat" autorki napisał, że jego siostrę uprowadzono i nie ma z nią teraz kontaktu. Pisał, że ma nadzieję, że jest ona "tylko w więzieniu, a nic gorszego jej się nie stało".

Po tym wpisie tysiące osób m.in. na Facebooku domagało się uwolnienia opozycjonistki. A popularności Aminie dodały światowe agencje i media, które poinformowały o uprowadzeniu.

Przeprosiny za mistyfikację

Niespodziewanie do mediów zgłosiła się kobieta, która odkryła swoje prywatne zdjęcia, wykorzystane w internecie przez Aminę. Mieszkająca w Londynie Jelena Lecic zapewniła, nigdy nie była Syrii i nie ma nic wspólnego z blogerką. Także ambasada USA zapewniła, że nie ma w Syrii osoby pasującej do profilu blogerki.

Sprawą jeszcze mocniej zainteresowały się media i internauci. W niedzielę na blogu Aminy pojawiło się oświadczenie. Autorem wpisów ma być nie syryjska lesbijka, a 40-letni Tom MacMaster, Amerykanin, który studiuje na Uniwersytecie w Edynburgu.

- Jestem jedynym autorem wszystkich postów na tym blogu - napisał, podkreślając, że nie spodziewał się dużego zainteresowania, a chciał jedynie przybliżyć Zachodowi sytuację w Syrii. - Nie wierzę, że komuś zaszkodziłem. Udało mi się stworzyć silny przekaz, który nagłaśniał sprawy, o które bardzo się troszczę - mówi Amerykanin.

DOSTĘP PREMIUM