Wybory 2011. Będzie niska frekwencja, a "w PO panuje groźny błogostan"

Ponad jedna czwarta wyborców nie wie, na jaką partię głosować. To zwiastun mizernej frekwencji - niebezpieczny dla Platformy. - W PO panuje groźny błogostan - mówi w rozmowie z dzisiejszą "Gazetą Wyborczą" polityk z otoczenia premiera.

W sierpniowym badaniu TNS OBOP wyborców niezdecydowanych - czyli tych, którzy mówią, że chcą głosować, ale nie wiedzą, na kogo - było 28 proc. W ostatnim sondażu CBOS - 27 proc. To o kilka punktów procentowych więcej niż w poprzednich sondażach obu pracowni.

- Zaczęła się kampania i ludzie przestali odpowiadać odruchowo, zastanawiają się, mówią "nie wiem" - komentuje prof. Mirosława Grabowska, dyrektorka CBOS.

Kim jest polski niezdecydowany? Wnioski należy wyciągać ostrożnie, ale zarówno z badań TNS OBOP, jak i CBOS wynika, że jest ich więcej niż przeciętnie wśród wyborców najmłodszych - w wieku 18-24 lata oraz mieszkańców miast od 20 do 100 tys. mieszkańców.

Jeśli chodzi o poglądy polityczne, to nie widać wyraźnej przewagi ani lewicowych, ani prawicowych wyborców. Badani najczęściej wybierali odpowiedź "trudno powiedzieć". Są też, co zrozumiałe, mniej zainteresowani polityką niż wyborcy zdeklarowani.

Niezdecydowani na wybory nie pójdą?

"Gazeta" porównała też dane CBOS z takimi samymi badaniami przed wyborami w latach 2007 i 2005. W lipcu 2005 r. (wybory były wtedy pod koniec września) niezdecydowanych było 29 proc., w sierpniu 2007 r. - 17 proc. (teraz - 27 proc.).

- To rok 2007 był wyjątkowy, tamtym przyspieszonym wyborom towarzyszyły wielkie emocje, poprzedziły je afery i rozpad koalicji PiS-Samoobrona-LPR - mówi socjolog Mikołaj Cześnik. - Teraz wracamy do stanu normalności.

Ten "stan normalności" oznacza, że prawdopodobnie nie będzie takiej frekwencji jak w rekordowym 2007 r., gdy głosowało prawie 54 proc. Polaków. Wyraźnie skorzystała na tym wówczas Platforma.

- Teraz większość niezdecydowanych na wybory nie pójdzie, jeśli nie zdarzy się coś niezwykłego. W 2007 r. były wielkie akcje profrekwencyjne "Zmień kraj, idź na wybory" czy mniej oficjalna "Zabierz babci dowód". Na razie nie widzę takich akcji - mówi Cześnik.

Wtóruje mu prof. Grabowska: - Nasze sondaże pokazują, że zainteresowanie wyborami jest dużo mniejsze niż w 2007 r., a niezdecydowanych jest więcej. Ta kombinacja oznacza, że frekwencja może być wyraźnie niższa, zwłaszcza że nie widzę wielkich starań partii o frekwencję. Nie padają nawet wielkie obietnice wyborcze - mówi nam prof. Grabowska.

Cały tekst w dzisiejszej "Gazecie Wyborczej".

DOSTĘP PREMIUM