"Niemcy nie muszą przyjeżdżać tu walczyć z brunatną zarazą"

- Mam serce po lewej stronie, ale zaproszenie dla niemieckiej antify to był fatalny pomysł - powiedział w programie Moniki Olejnik Tomasz Nałęcz. Można było przewidzieć, do czego to doprowadzi - stwierdził prezydencki doradca. Piętnował jednak też agresywnych uczestników Marszu Niepodległości.

- Prawicowe bojówki kiboli, których zaprosili organizatorzy marszu, hasali jakby to były Dzikie Pola, a nie stolica Polski - powiedział Tomasz Nałęcz o radykałach, którzy zamienili organizowany przez środowiska prawicowe Marsz Niepodległości w regularną bitwę z policją na ulicach Warszawy. W programie "Siódmy Dzień Tygodnia" politycy komentowali zamieszki, do jakich doszło w Warszawie w Święto Niepodległości 11 listopada.

Nałęcz stwierdził, że "kłopot i istota problemu polega na tym, że w Święto Niepodległości znalazły się ugrupowania i środowiska polityczne, które postanowiły świętować wbrew sobie i w konfrontacji, a nie we wzajemnej radości".

"Niemcy nie muszą przyjeżdżać tu walczyć z brunatną zarazą"

Doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego podkreślił, że zaproszenie przez środowiska lewicowe radykalnych antyfaszystowskich bojówek z Niemiec było "fatalnym pomysłem". - Nie wolno wysyłać w świat sygnału, że Polsce grozi faszyzm, że niemieccy antyfaszyści muszą się zjawiać w Warszawie, by walczyć z jakąś brunatną zarazą w Polsce. W okresie międzywojennym ONR (Obóz Narodowo-Radykalny, jedno ze stronnictw uczestniczących w "Marszu Niepodległości" - red.) był organizacją faszyzującą, ale wielu jego działaczy zginęło potem w hitlerowskich obozach za Polskę - przypomniał Nałęcz. - Na pewno dziś nie można tych ludzi nazywać faszystami - podkreślił.

"Pomysł lewicy doprowadził do pierwszej fazy burd"

Jak dodał, "jest człowiekiem lewicy, ma serce po lewej stronie i bliska mu była idea kolorowego świętowania niepodległości". - Ale pomysł moich kolegów z lewicy, który doprowadził do pierwszej fazy burd, można było przewidzieć, bo oni nie narodzili się wczoraj w Warszawie - powiedział Nałęcz.

- Od początku krytykowałem pomysł moich przyjaciół z lewicy, aby blokować prawicową demonstrację, bo wiedziałem, jak to się skończy. To nie policja jest winna zamieszek, tylko ci, którzy postanowili w święto niepodległości pokazać swoje poglądy polityczne, i to jeszcze we wzajemnej bójce. Policja miała trudne zadanie - podkreślił prezydencki doradca.

Grupiński: W wolnym kraju nie można zabraniać demonstracji

Z kolei Rafał Grupiński z PO podkreślał w programie Moniki Olejnik, że nie można było zakazać demonstracji, "które były zapowiadane jako pokojowe", podobnie jak niewłaściwy był brak zgody na marsze równości. - Tego nie można robić w kraju wolnym i demokratycznym. Urzędnikom rzeczywiście brakuje wyobraźni, że jeśli są mocne emocje, to można odsunąć od siebie geograficznie (demonstracje - red.), to znaczy wydać zgodę (na ich przemarsz -red.) ale w innym miejscu - mówił nowy szef klubu PO.

- Wiadomo było, że Kolorowa chce blokować tych faszystów, którzy gdzieś w tym Marszu Niepodległości też mieli brać udział - stwierdził Grupiński. Dodał, że "nie udało się stworzyć wrażenia, że w Marszu Niepodległości są sami radośni, roześmiani ludzie". - Było sporo zadymiarzy, to przykre, bo organizatorzy powinni nad tym zapanować. Przykre jest, że to miało miejsce - powiedział o zamieszkach.

Kamienie, płonące race, armatki wodne - walki z policją na pl. Konstytucji [ZDJĘCIA]>>> Znani na marszach 11 listopada [ZDJĘCIA] >> Wesoło na Kolorowej Niepodległej [ZDJĘCIA] >> Transparenty, koszulki, plakaty - zobacz, co przynieśli na manifestacje [ZDJĘCIA] >>> Regularna wojna na pl. Konstytucji. Kibole, zadymiarze, race i policja [WIDEO] >>>

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM