Sprawa telefonu prezydenta. "Absurd, powinno być: nielegalne uzyskanie informacji"

Prokuratura sprawę dzwonienia z telefonu prezydenta po katastrofie smoleńskiej zakwalifikowała jako "nielegalne podłączenie do urządzenia telekomunikacyjnego". - To jest jakiś absurd. Jeśli już, to nielegalne uzyskanie informacji - powiedział w rozmowie z portalem Gazeta.pl prof. Piotr Kruszyński, karnista z Uniwersytetu Warszawskiego.

W czasie śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej wykryto, że już po wypadku z telefonu użytkowanego przez prezydenta wykonano trzy połączenia do poczty głosowej . Prokuratura Wojskowa uznała wówczas, że pod względem kwalifikacji prawnej sprawa dotyczy podejrzenia nielegalnego podłączenia się do urządzenia telekomunikacyjnego - w art. 285 § 1 kk - i przekazała ją Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, która umorzyła sprawę. - Warunkiem tego przestępstwa jest "włączenie się do urządzenia", o czym nie można mówić w niniejszej sprawie - mówił rzecznik, prok. Dariusz Ślepokura.

Sprawę umorzenia śledztwa opisały media i od razu pojawiły się wątpliwości co do kwalifikacji czynu. Prokuratura Generalna zleciła Prokuraturze Apelacyjnej w Warszawie "analizę umorzenia sprawy i rozważenie jej kontynuowania". - Chodzi o kwestię kwalifikacji prawnej, przedwczesności tej decyzji - mówi portalowi Gazeta.pl rzecznik Prokuratury Generalnej Mateusz Martyniuk.

Jednak "nielegalne uzyskanie informacji"?

Prokuratura w opublikowanym komunikacie broni swojej decyzji. "Zebrany materiał dowodowy stwarzał podstawy do przyjęcia art. 285 § 1 kk jako wstępnej kwalifikacji zaistniałego czynu. Prokurator Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie, analizujący zgromadzone dowody, nie znalazł w tym czasie podstaw do przyjęcia kwalifikacji z art. 267 § 1 kk, czyli nielegalnego uzyskania informacji".

- To jest jakiś absurd. Jeśli już o czymś mówimy, to powinien być to artykuł 267 - komentuje prof. Piotr Kruszyński. Zaznacza, że sprawę zna tylko z mediów, ale z tego co wie, to przesłanki wskazują właśnie na użycie tego artykułu, a nie 285.

Prof. Marian Filar, karnista z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, również uważa, że "teoretycznie można zakwalifikować ten czyn jako nielegalne uzyskanie informacji". - Jednak realnie uważam to za przesadę. To się z punktu widzenia całości nie opłaca - stwierdził w rozmowie z portalem Gazeta.pl.

Precyzuje, że prowadzenie tego śledztwa byłoby bardzo utrudnione ze względu na to, że zdarzenie miało miejsce za granicą, na terenie Rosji. I może w ogóle nie być zakończone. - Po co wydawać publiczne pieniądze? - konkluduje.

Katastrofalny wyciek. Zobacz wszystkie zdjęcia ujawnione przez Greenpeace >>>

DOSTĘP PREMIUM