27-latek z Wrocławia autorem prowokacji z sędzią Milewskim? "Były trzy rozmowy"

- To ja nagrałem sędziego Milewskiego - mówi w rozmowie z "Wprost" Paweł Miter. Mężczyzna wcześniej zasłynął tym, że miał dostać pracę w TVP, powołując się na znajomość z prezydentem. Z kolei kilka tygodni temu, gdy zrobiło się głośno o Amber Gold, dostarczył fałszywą notatkę ABW Marcinowi P.

W czwartek dziennik "Gazeta Polska Codziennie" upublicznił nagranie rozmowy rzekomego asystenta Tomasza Arabskiego z szefem Sądu Okręgowego w Gdańsku. Prezes Ryszard Milewski prosił o instrukcje, czy przyspieszać posiedzenie sądu w sprawie aresztu dla Marcina P. W trakcie rozmowy padła propozycja bezpośredniego spotkania sędziego z premierem. - Chciałbym dużo rzeczy przedstawić panu premierowi - mówił Milewski. Rzekomy asystent poinformował go, że do spotkania może dojść dopiero po posiedzeniu sądu ws. zażalenia na areszt dla Marcina P., szefa Amber Gold.

Dziennik "GPC" nie podał, kto przeprowadził rozmowę. Informował, że głos osoby dzwoniącej do prezesa sądu został zastąpiony głosem lektora, "ze względu na ochronę źródła informacji". Dziennik zapewniał, że mimo tego treść rozmowy nie została zmieniona.

Miter: Postanowiłem wykonać telefon testowy

W dniu opublikowania rozmowy zadzwoniliśmy do Pawła Mitera z pytaniem, czy to on stoi za prowokacją. - Nie zaprzeczam i nie potwierdzam - powiedział wtedy "Gazecie".

Teraz w rozmowie z Sylwestrem Latkowskim i Michałem Majewskim mówi, że to on stoi za prowokacją. Tłumaczy, że od dłuższego czasu interesował się sprawą Amber Gold. - 6 września upubliczniona została informacja, że minister Jarosław Gowin zlecił kontrolę pracy sędziego Milewskiego z Gdańska. Wiedziałem o tym dzień wcześniej. Postanowiłem wykonać telefon testowy, by sprawdzić, jak na tę wiadomość zareaguje Milewski - mówi Miter. Twierdzi, że informacje o kontroli zdobył "z okolic Ministerstwa Sprawiedliwości". Mówi, że odbył z sędzią Milewskim trzy rozmowy.

Opisuje, że 5 września najpierw zadzwonił na telefon komórkowy, który dostał "od swego informatora". - Milewski nie odbierał. Po kilku minutach zadzwoniłem przez sekretariat. Powiedziałem, że dzwonię z sekretariatu szefa Kancelarii Premiera, od ministra Tomasza Arabskiego. Sekretarka połączyła mnie z gabinetem prezesa sądu. Pan Milewski w ogóle nie był zaskoczony telefonem. Bez żadnych pytań podjął ze mną rozmowę - twierdzi Miter.

W krótkiej rozmowie Miter miał stwierdzić, że dzwoni w związku z ważną sprawą dla pana premiera. - On powiedział, że domyśla się, iż dzwonię w sprawie Amber Gold. Oznajmił, że oczekiwał kontaktu, bo oni nie wiedzą do końca, co mają robić z tą historią. Zapytałem sędziego, czy wie, że jutro zostanie zarządzona kontrola jego pracy. Pan Milewski nie był zaskoczony - opowiada w rozmowie z "Wprost" mężczyzna. Miter mówi, że pierwsza rozmowa, której nie nagrywał, zakończyła się wskazaniem, aby Milewski czekał na kontakt z kancelarii premiera. Druga rozmowa miała odbyć się pół godziny po pierwszej. - To była krótka wymiana zdań. Zadzwoniłem do Milewskiego na komórkę i powiedziałem, mu że nazajutrz o godz. 14 zatelefonuje do niego minister Arabski. Sędzia powiedział, że będzie oczekiwał na telefon ministra - mówi Miter.

Trzecia rozmowa to ta, której zapis opublikowała "Gazeta Polska Codziennie".

ABW, telewizja i rzekome pobicie

O Pawle Miterze, 27-letni mieszkańcu Wrocławia, pisała na początku września "Gazeta Wyborcza". - Choć nigdzie nie pracuje, jeździ mercedesem i mieszka w jednym z ekskluzywnych apartamentowców. "Fakty trzeba pokazywać inaczej, z dozą brawury, trochę numerancko, z pierwiastkiem narażenia się. Trzeba mieć jaja!" - napisał kilka dni temu na Facebooku. To było parę dni po tym, gdy Sylwester Latkowski z "Wprost" zdemaskował go jako tego, który przekazał Plichcie rzekomą notatkę ABW. Jemu też Miter poświęcił jeden z wpisów: "Dziennikarze ze smyczą to ścierwa" - czytamy w reportażu "Gazety Wyborczej".

Wcześniej o Miterze zrobiło się głośno w marcu 2011 r. , kiedy "Rzeczpospolita" opisała go jako młodego człowieka, który rzekomo obnażył zasady panujące w TVP. W listopadzie 2010 podszywając się pod Jacka Michałowskiego z Kancelarii Prezydenta, pisał do ówczesnego prezesa TVP Włodzimierza Ławniczaka. Z e-maili wynikało, że prezydent Komorowski chciałby, aby Miter poprowadził w telewizji program. Spółka podpisała z nim wstępną umowę.

Niedługo potem w mediach pojawiła się informacja, że 24 marca Miter został pobity. Jak relacjonował , sprawcy, zanim uciekli, ponoć rzucili: "Uważaj, z jakimi hienami z jakich mediów rozmawiasz". Zaraz po pobiciu Miter miał powiadomić o nim policję, jednak wrocławska "Gazeta Wyborcza" podała , żadne zawiadomienie do komisariatu, o którym wspominał, nie trafiło. Miter zgłosił się na policję dopiero kilka godzin później.

Zobacz wideo

DOSTĘP PREMIUM