Konkurs Migalskiego, ale nagroda z funduszu PE. "Takich rzeczy się nie robi"

Eurodeputowany PJN Marek Migalski ogłosił konkurs, którego nagrodą jest trzydniowy pobyt w Brukseli. Jednak za wycieczkę zapłaci nie on, a Parlament Europejski - pisze "Wprost". - Takich rzeczy się nie robi - ocenia w rozmowie z tygodnikiem dr Wojciech Jabłoński, specjalista od marketingu z UW.

Migalski zadał pytanie, kto jest od niego aktywniejszym europosłem. "Propozycje, wraz z uzasadnieniem, proszę przesyłać na adres mailowy mojego biura poselskiego w Katowicach. Choć, muszę przyznać, wątpię, by któryś z moich kolegów pracujących w PE był ode mnie bardziej aktywny i kreatywny w tym, co robi w kraju przy pomocy swoich asystentów. Ale może się mylę - zachęcam więc do udziału w konkursie" - napisał europoseł na swojej stronie internetowej.

Konkurs oficjalnie zakończył się 7 stycznia i nie cieszył się popularnością. Przyszło kilkanaście odpowiedzi, a biorący w nim udział wskazali na partyjnego szefa Migalskiego, Pawła Kowala. W nagrodę cztery osoby obdarowano wycieczką do Brukseli. Jednak kosztów eskapady nie poniesie europoseł, a Parlament Europejski, bo każdy z 754 posłów na koszt Brukseli może rocznie zaprosić od 100 do 110 osób. - Nie widzę sensu, by z własnych pieniędzy zapraszać stu gości rocznie - powiedział Migalski, który zarabia miesięcznie 7,7 tys. euro. Do tego dochodzi jeszcze 4,5 tys. diet i 20 tys. euro na prowadzenie biura.

- Migalski robi sobie de facto kampanię do parlamentu europejskiego za pieniądze Parlamentu Europejskiego. Wykorzystując oczywiście to, co PE zapewnia w standardzie - ocenia we "Wprost" taką formułę konkursu dr Wojciech Jabłoński, specjalista od marketingu z UW.

Migalski miał już niejasne sprawy z pieniędzmi, które oferuje posłom PE. Kamery TVN 24 zarejestrowały, jak polityk PJN podpisuje listę obecności, ale nie pojawia się na posiedzeniach sejmowych komisji ds. Unii Europejskiej. PE płacił europosłom 304 euro za obecność na tej komisji.

DOSTĘP PREMIUM