Termin szczytu prowokacją? Minister odpowiada: ''To spokojna konferencja. I nie będzie żadnych polityków''

Po jednej stronie Jarosław Kaczyński, który szczyt klimatyczny rozpoczynający się 11 listopada nazywa ?oczywistą prowokacją?. Po drugiej - Donald Tusk, tłumaczący, że wszystko już dawno ustaliło ONZ. Pytamy ministra środowiska Marcina Korolca, jak przebiegała organizacja konferencji.

Decyzja o rozpoczęciu tegorocznego szczytu klimatycznego w Warszawie 11 listopada wzbudziła oburzenie opozycji. Jarosław Kaczyński nazwał ją "oczywistą prowokacją". Argumentował, że towarzyszący konferencji zjazd antyglobalistów może doprowadzić do zamieszek i starć z uczestnikami obchodów Święta Niepodległości.

O powody organizacji szczytu klimatycznego w Warszawie 11 listopada i o ryzyko zamieszek pytamy ministra ochrony środowiska Marcina Korolca.

Anna Pawłowska, Gazeta.pl: Kiedy pojawił się pomysł, żeby szczyt ponownie odbył się w Polsce?

Marcin Korolec, minister ochrony środowiska: - Polska jest liderem światowego procesu klimatycznego. W trakcie konferencji w Durbanie w 2011 r. reprezentowałem Unię Europejską, bo Polska pełniła wówczas przewodnictwo w UE. Jednym z ustaleń tej konferencji jest zaplanowanie na 2015 r. podpisania nowego porozumienia klimatycznego. Jego negocjacje miały rozpocząć się na szczycie w 2013 r. Wiadomo było, że w tym roku organizacja konferencji przypadnie jednemu z państw Europy Środkowo-Wschodniej, bo tak wynika z systemu rotacji stosowanego w ONZ. Dlatego naturalne było, że Polska taką propozycję wystosuje.

Czyli ze strony Polski decyzja zapadła w 2011 r.?

- Nie, rok później. W 2012 r. zaczęliśmy się zastanawiać, czy jesteśmy w stanie zaprosić konferencję do Polski. Formalnie taką propozycję zgłosiłem na jesieni ubiegłego roku. Została zaakceptowana przez konferencję w Doha. W grudniu mieliśmy formalną decyzję.

Czy wybór daty spotkania także należał do strony polskiej? W dokumentach z 2008 r. mowa jest o terminie czerwcowym i listopadowym.

- To są daty różnych spotkań. W maju lub czerwcu co roku odbywają się w Bonn sesje negocjacyjne. Natomiast sam szczyt klimatyczny organizowany jest zawsze na jesieni w różnych państwach.

Data była więc wyznaczona, ale miejsce mogliśmy wskazać samodzielnie. Dlaczego zdecydował się pan na organizację konferencji w Warszawie?

- Warszawa jest stolicą, a przez to symbolicznym miejscem, to najbardziej naturalny wybór. Poza tym mamy co tutaj pokazać. Przy organizacji takiego szczytu trzeba też spełnić różne wymogi formalne i nie wszystkie miasta mają odpowiednie warunki. Na szczyt przyjeżdża mnóstwo ludzi. W Doha było ich 14 tysięcy. Do tego potrzebna jest infrastruktura hotelowa, odpowiednie zaplecze logistyczne. A Warszawa to wszystko ma.

Żadne inne miasto nie spełniłoby wymagań? Organizowaliśmy już szczyt w Poznaniu. Brał pan w ogóle pod uwagę inną lokalizację?

- Nie. Warszawa jako stolica państwa była dla mnie zupełnie naturalnym wyborem. Poza tym to właśnie w Warszawie są wszystkie ambasady, które stanowią zaplecze dla negocjatorów. Ten problem był już podnoszony przy okazji konferencji w Poznaniu.

Czy przed decyzją o organizacji szczytu klimatycznego w Warszawie pojawiła się w dyskusjach kwestia zbieżności ze Świętem Niepodległości i możliwych zamieszek? Było to traktowane jako kwestia sporna i dodatkowe utrudnienie?

- Nie. Jeśli wie się, jak wygląda szczyt klimatyczny to, jasne jest, że tutaj nie ma żadnego problemu. W poniedziałek 11 listopada zaczyna się część, w której biorą udział negocjatorzy i urzędnicy, która zwyczajowo trwa 10 dni. Dopiero później spotykają się ministrowie i osoby znane z pierwszych stron gazet. Zresztą jeszcze przed samym formalnym rozpoczęciem konferencji do miasta goszczącego przyjeżdża kilka tysięcy urzędników, żeby dyskutować. To są spotkania robocze.

Wiadomo jednak, że najbardziej eksponowana jest zawsze formalna data rozpoczęcia. W ramach procedur ONZ istnieje w ogóle możliwość negocjowania daty rozpoczęcia? Polska mogła starać się o przesunięcie szczytu np. na 12 listopada?

- Takie decyzje to jest konsensus 194 państw. Poza tym te spotkania mają swój zwyczajowy kalendarz: rozpoczynają się w poniedziałek, a we wtorek w kolejnym tygodniu zaczyna się część z udziałem polityków. Tak wspomniałem, i tak w Warszawie już wcześniej będzie wielu zagranicznych urzędników.

Mimo wszystko nie obawia się pan, że to spokojne spotkanie urzędnikowi negocjatorów może być dla części antyglobalistów okazją do manifestacji. Dodajmy do tego Marsz Niepodległości i będziemy mieć tłumy demonstrantów na ulicach. To ryzykowne.

- Byłem na wielu konferencjach i do zamieszek doszło tylko raz - w Kopenhadze. Ale to było bardzo specyficzne spotkanie. Przede wszystkim był to największy w historii zjazd premierów, prezydentów i najważniejszych polityków. Poza tym już wiele miesięcy wcześniej rosło napięcie, bo Kopenhaga miała być szczytem przełomowym. Inne konferencje były bardzo spokojne. Poza tym jeśli ktoś chciałby manifestować, to zrobi to raczej podczas spotkania polityków, a nie 11 listopada, gdy obradują urzędnicy.

DOSTĘP PREMIUM