"To były jedyne wybory, które przegrał Aleksander Kwaśniewski". O 4 czerwca 1989 r. opowiada Leszek Budrewicz

- Wątpliwości mieli wszyscy. Obawiali się, że to kolejna próba podjęta przez komunistów, żeby wciągnąć "Solidarność" we współodpowiedzialność, a następnie wydymać. To był podstawowy lęk Wałęsy, Frasyniuka i innych działaczy - mówił w rozmowie z Małgorzatą Waszkiewicz Leszek Budrewicz, działacz opozycji w latach 80.
Zobacz wideo

Leszek Budrewicz organizował kampanię wyborczą Solidarności na Dolnym Śląsku. Po zmianie ustroju został dziennikarzem m.in. "Gazety Wyborczej", był też zastępcą redaktora naczelnego "Wieczoru Wrocławia". W rozmowie z Małgorzatą Waszkiewicz wspominał wybory 4 czerwca 1989 roku jako czas trzech silnych emocji. 

Pierwsza to niepodzielane przez wszystkich przekonanie, że to były całkowicie wolne, choć nie do końca demokratyczne wybory. - Pierwszy raz od 1926 roku, a na pewno od 1945 roku ludzie, idąc na te wybory, mieli pełne przekonanie, że mogą zrobić to, co chcą, a nawet mieli takie przeczucia, że te głosy będą uczciwie policzone. Czegoś takiego wcześniej nie było - tłumaczył. Zwrócił też uwagę, że wolność poczuli również ci, którzy na wybory nie poszli. Pierwszy raz mogli się spodziewać, że "nie przyjdą do domu harcerze o godzinie 8 z pytaniem, dlaczego pan nie głosował". - Te 30 kilka procent ludzi, którzy nie poszli, w pewnym sensie też wybrało wolność (frekwencja wyniosła 62 proc. - red.). Oni nie poszli, bo wiedzieli, że nie będą mieli za to "bęcków" w pracy - dodał.

- Ludzie mieli w głowie, że to jest może jedyna za ich życia okazja, żeby wziąć udział w prawdziwym głosowaniu, że to się może nie powtórzyć - tłumaczył rozmówca Małgorzaty Waszkiewicz.

Wybory 4 czerwca. Wygrana 100 do jednego

Drugie wrażenie dotyczyło wyniku wyborów. Leszek Budrewicz przekonywał, że takiego zwycięstwa o takiej skali nikt się nie spodziewał. - Tylko w Korei Północnej za Kim Ir Sena były takie wyniki wyborów. To są chyba jedyne wybory w historii na całym świecie, że ktoś wygrał 100 do zera - mówił Budrewicz. Zwracał uwagę, że to, co się wtedy wydarzyło, to był "sen wariata, który się spełnił". - Nikt nawet w marzeniach nie powiedziałby, że ustrój, który najpierw ideologią i czołgami, a później już tylko czołgami i pałkami się utrzymuje, ustąpi przed kartką wyborczą. To był totalny, niewiarygodny łomot komunistów - przekonywał.

Budrewicz wspominał też konkretne sytuacje, które wówczas wydawały się nie do objęcia wyobraźnią. - Ambasada Polski w Wiedniu, gdzie byli sami swoi dla PRL-u, albo jednostka ZOMO przy ul. Witolda we Wrocławiu - tam też ten jeden jedyny raz wygrała Solidarność. Ci, którzy zarządzali tymi jednostkami, bali się wysyłać informacje o wyniku - opowiadał. Mówił, że wiadomości "poszły" dopiero, kiedy zarządzający zdali sobie sprawę, że to powszechna tendencja.

- To były jedyne wybory, które przegrał Aleksander Kwaśniewski. Było wtedy 49 województw, a on startował z Koszalina, gdzie wygrała pani bibliotekarka. On potem w Sejmie przez lata pytał Geremka o tę panią - opowiadał Leszek Budrewicz. Podkreślał przy tym, że to był czas, kiedy "oni wszyscy przegrali". 

"O kurde, świetnie. I co teraz?"

Trzecia emocja, którą dzielił się Leszek Budrewicz, wiązała się z niepewnością co do tego, co będzie dalej. Jak mówił, wszyscy w głowie mieli wielki znak zapytania. - Nikt się tego nie spodziewał, nikt nie wiedział, że tak będzie. Tym bardziej, że telewizja rządowa od rana pokazywała masakrę na placu Tiananmen w Pekinie. Tej samej nocy, kiedy tu liczono głosy, protest studentów chińskich na rzecz demokracji został rozjechany czołgami w sposób bardzo krwawy - wspominał.

Jasne było, że "komuniści stracili legitymację do sprawowania władzy w sposób bardzo spektakularny". Ale informacja o wynikach wyborów i tym, że opozycja wzięła wszystko, co mogła, wywołało pytanie: "O kurde, świetnie. I co teraz?". 

- Wątpliwości mieli wszyscy. Obawiali się, że to kolejna próba podjęta przez komunistów, żeby wciągnąć "Solidarność" we współodpowiedzialność, a następnie wydymać. To był podstawowy lęk Wałęsy, Frasyniuka i innych działaczy - wyliczał dziennikarz. Podkreślał, że wszyscy mieli w pamięci wydarzenia 13 grudnia 1981 roku i tamte "moralne zwycięstwo i fizyczną porażkę". 

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM