Dlaczego prezydent zapowiedział wybory, ale wciąż ich nie rozpisał? Opozycja ma teorię: Skraca czas na zbieranie podpisów. Niektórzy mogą nie zdążyć

Do 14 sierpnia prezydent musi rozpisać wybory parlamentarne. Jednak termin podał już wczoraj w Polsat News. Dlaczego więc wciąż zwleka z oficjalnym ogłoszeniem? Zdaniem polityków opozycyjnych, może chodzić o utrudnienie życia mniejszym ugrupowaniom.
Zobacz wideo

- Mogę ujawnić, że wystąpiłem do Państwowej Komisji Wyborczej o opinię w sprawie przeprowadzenia tych wyborów, co do ich kalendarza - powiedział wczoraj Andrzej Duda w wywiadzie dla Polsatu. Dodał, że chodzi o datę 13 października, czyli zgodnie z prawem pierwszy możliwy termin ich przeprowadzenia. O tej dacie mówił na konwencji PiS w Katowicach na początku lipca premier Mateusz Morawiecki. W swoim wystąpieniu stwierdził: Rząd nie jedzie na wakacje, od wczesnego rana do nocy pracujemy do 12 października, niech będzie 11, bo cisza wyborcza, w sobotę można odpocząć. Potem dodał, że wybór terminu wyborów to oczywiście kompetencja prezydenta. 

Termin wyborów parlamentarnych. Po co konsultacje z PKW?

- Pan prezydent Duda ogłosił to, co zdecydowano na Nowogrodzkiej. O tej dacie mówił już wcześniej pan premier Morawiecki. Widać, że cała wyborcza machina PiS-u ustawiona jest pod tę datę, więc tutaj wielkiego zaskoczenia nie ma - stwierdził w Wyborach w TOK-u poseł PO-KO, Marcin Kierwiński. Zastanawiał się jednak, kiedy - poza informacją o samym terminie - dojdzie do rozpisania wyborów. - Formuła informowania, że wybory będą 13 października, ale bez podpisania rozporządzenia, a z konsultowaniem tego z PKW, jest czymś dziwacznym i zaskakującym. Tak, jakby pan prezydent sam nie wiedział do końca, jakie ma w tym zakresie kompetencje - dodawał polityk.

Prawo mówi, że prezydent ma rozpisać wybory najpóźniej 14 sierpnia - po tym dniu rozpocznie się oficjalnie kampania wyborcza, ruszy również wyborczy kalendarz, który dokładnie precyzuje czas na zgłaszanie komitetów wyborczych, zbieranie podpisów poparcia etc. 

O tym, jaki może być cel owej "dziwacznej" formuły, mówili inni politycy opozycji. Piotr Apel z Kukiz'15 stwierdził, że chodzi o osłabienie mniejszych i młodszych ugrupowań. - W oczywisty sposób wszystkie ugrupowania obywatelskie albo nowe siły, które będą chciały startować w wyborach, będą miały bardzo duży problem, żeby w dwa tygodnie zebrać podpisy. Dwa tygodnie to jest naprawdę mało czasu na zebranie więcej niż 120 tys. podpisów. My jako Kukiz'15 damy radę, chociaż będzie nam ciężko, ale nowe ugrupowania absolutnie nie mają szans - przekonywał. Wtórował mu Krzysztof Gawkowski z Wiosny. - Wiemy, kiedy będą wybory, prezydent może mówić, że przecież powiedział, kiedy się odbędą. Tylko że tryby maszyny wyborczej dotyczące zarejestrowania komitetu, zbierania podpisów, zostaną skrócone. I to jest nieuczciwe w stosunku do dużych i do małych - stwierdził.

"Żadnych powodów do nerwowości"

- Koledzy z opozycji korzystają z okazji, by ujawnić złośliwości wobec prezydenta - kontrował z kolei senator PiS, Aleksander Bobko. - Wszystko działa zgodnie z procedurą, terminy ogłoszenia i kolejnych kroków wyborczych są ściśle określone w ustawie. Nie widzę żadnych powodów do nerwowości, wszystko dzieje się normalnie - przekonywał, dodając, że jeśli terminy określone w prawie są za krótkie, być może warto pomyśleć o zmianie prawa. 

Dodajmy, że jeśli prezydent rozpisze wybory 14 sierpnia, czyli w ostatnim możliwym terminie, wtedy na zebranie podpisów komitety wyborcze będą miały czas do 4 września. 

O lotach marszałka Marka Kuchcińskiego, a także o słowach abpa Marka Jędraszewskiego rozmawiali goście Dominiki Wielowieyskiej. Posłuchaj Wyborów w TOK-u w Aplikacji TOK FM na telefonie:

DOSTĘP PREMIUM