Tęcza politycznie opuszczona. Wobec nagonki na LGBT opozycja nie reaguje albo jest zajęta sobą

Na nieco ponad dwa miesiące przed wyborami, w przededniu startu oficjalnej kampanii wyborczej, która - jak wiele wskazuje - skoncentruje się właśnie na sprawach światopoglądowych, środowisko LGBT pozostaje niemal całkowicie politycznie osamotnione.
Zobacz wideo

Wobec nagonki ostatnich tygodni coraz ciszej mniejszości seksualnych bronią politycy Platformy Obywatelskiej, a koalicja lewicowa jest zajęta przede wszystkim kształtowaniem formuły startu w wyborach. Tymczasem PiS swój język o LGBT coraz bardziej zaostrza.

"Neomarksistowska zaraza"

Kraków, 1 sierpnia, 75. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Rocznica, która powinna łączyć, bo w 1944 warszawianki i warszawiacy walczyli po prostu o wolną stolicę. Dla każdego. Dla arcybiskupa Marka Jędraszewskiego to jednak dobry moment, by dzielić. Dwoma zdaniami zrównuje mniejszości seksualne z "neomarksistowską zarazą, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły".

Dzień wcześniej Platforma Obywatelska organizuje w Sejmie pięć konferencji prasowych. O "śmierdzącej ustawie", kontroli poselskiej ws. lotów Kuchcińskiego i 500 plus dla osób z niepełnosprawnościami. 1 sierpnia - dwie konferencje. Dzień po wypowiedzi metropolity krakowskiego w największej partii opozycyjnej zapada cisza. Żaden z polityków nie znajduje czasu, by stanąć w obronie mniejszości.

"Nie wiem, skąd brak reakcji"

Są za to tweety. Monika Rosa przekonuje, że duchowny z Krakowa stał się "symbolem nienawiści wobec bliźniego i staje się odpowiedzialny za wszelką potencjalną przemoc". Adam Szłapka przypomina, że Jędraszewski "krył krzywdzącego młodych kleryków Peatza i konsekwentnie zwalczał prof. Węcławskiego, który stanął w obronie pokrzywdzonych". Inicjatywę podejmuje szef krakowskiej rady miejskiej. Dominik Jaśkowiec będzie wnioskował o wykreślenie hierarchy z kapituły nagrody Cracoviae Merenti, którą otrzymują najbardziej zasłużeni dla królewskiej stolicy. Grzegorz Schetyna w tym samym czasie udostępnia w mediach społecznościowych zdjęcia z Kostrzyna nad Odrą i dzieli się piosenką Red Hot Chili Peppers. Stanowiska kierownictwa Platformy brak.

Pytam więc polityków, co się stało, że partia, która na sztandar wzięła obronę mniejszości, milczy, kiedy te mniejszości są atakowane. - Nie wiem. Wypowiedź Jędraszewskiego była druzgocąca, ale nie wiem, skąd wynika brak reakcji kierownictwa - mówi jeden z posłów. Dzieje się to raptem trzy tygodnie po tym, jak Schetyna zapowiedział, że w ramach swojej szóstki wprowadzi związki partnerskie. Na tym i na kilku wnioskach do prokuratury po wydarzeniach z Białegostoku wsparcie dla LGBT się - jak na razie - skończyło.

Po agresji podczas marszu równości w stolicy Podlasia inicjatywę próbowała przejąć koalicja lewicowa, choć i tu można mieć zastrzeżenia, na ile koniunkturalnie próbowała wykorzystać wydarzenia z Białegostoku do organizacji partyjnej manifestacji, która mobilizowałaby elektorat. Właśnie dlatego - przynajmniej tak wynikało z wyjaśnień - oficjalnie udziału w demonstracji nie wzięła Koalicja Obywatelska. A i sama lewica, która dopiero co zdecydowała, w jakiej formule wystartuje w wyborach, jest zbyt zajęta tworzeniem sojuszu, żeby dać odpór wypowiedziom o "tęczowej zarazie".

PiS zaostrza kurs

Tymczasem język Prawa i Sprawiedliwości względem mniejszości seksualnych tylko się zaostrza. Dla wielu jaskółką nadziei był piątkowy wywiad prezydenta w Polsat News, w trakcie którego Andrzej Duda sugerował: "Jeżeli byłaby jakaś propozycja stworzenia czegoś na kształt jakiejś ustawy o osobie najbliższej, (..) po to, by można było w różnych sytuacjach się nawzajem wspierać, dlaczego ma nie być takiej ustawy". Tyle że ta zapowiedź nie jest nowa. Prezydent mówił o niej nawet w kampanii wyborczej. Nie ma za to sił w polskim parlamencie, które mogłyby taki projekt nie tyle nawet przygotować, ile przegłosować. Bo większość Prawa i Sprawiedliwości skutecznie obroni prezydenta przed "etycznym dylematem", który groziłby mu w razie pojawienia się ustawy na jego biurku.

Przy czym Andrzej Duda już miał okazję udowodnić, na ile poważnie traktuje chęć pomocy środowisku LGBT. Ustawa o tzw. uzgodnieniu płci, którą w poprzedniej kadencji przygotowała posłanka Anna Grodzka, była pierwszą, którą Andrzej Duda jako prezydent zawetował. Jego kancelaria pisała wtedy, że "przyjęte w ustawie rozwiązania dopuszczają wielokrotną zmianę płci, a jej efektem byłaby możliwość zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci biologicznej". Sejm do dziś tego weta - podobnie zresztą jak wszystkich innych - nie rozpatrzył.

LGBT? Ok, ale...

Wróćmy jednak do piątku, kiedy to prezydent - ze sceptycyzmem, ale jednak - zadeklarował, że mógłby związki partnerskie w jakiejś formie poprzeć. Sześć minut zajęła Andrzejowi Dudzie wypowiedź o mniejszościach seksualnych. I przez te 360 sekund prezydent próbował za wszelką cenę balansować między "tolerancyjnym" wydźwiękiem wywiadu a ostrą, konserwatywną krytyką środowisk LGBT.

Z jednej strony zapewniał, że "zawsze będzie potępiał agresję" (w kontekście wydarzeń w Białymstoku), a chwilę później pytany o agresywną przecież wypowiedź abpa Jędraszewskiego twierdził, że metropolita wypowiadał w się w charakterze filozofa i z punktu widzenia ideologii. Bo - co ważne - dla Andrzeja Dudy ruch LGBT nie jest ruchem ludzi walczących o swoje prawa. "Jest tak naprawdę ruchem ideologicznym". A w nazywaniu jednej grupy społecznej "neomarksistowską zarazą, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły" prezydent nie widzi nic oburzającego, a już na pewno nie agresywnego.

Naklejki "Strefa wolna od LGBT" prezydentowi kojarzą się ze "Strefą zdekomunizowaną" w Chobielinie, a przecież Radosława Sikorskiego "jakoś nikt za to nie potępiał". Jakie Andrzej Duda ma wyobrażenie - chociaż też pada to w formie sugestii - na temat manifestacji mniejszości seksualnych? Widzi je jako "demonstracje półnagości gdzieś na ulicach w różnych miejscach na świecie". Jednocześnie prezydentowi nie przeszkadza to, że "ktoś ma inne preferencje", chociaż z lekkim "ale". "Gdyby moi sąsiedzi, małżeństwo, prezentowali jakieś zachowania seksualne w przestrzeni publicznej, obnosili się, epatowali w obecności dzieci, to nie byłbym tym zachwycony". Dobrze, że głowa państwa zdaje sobie chociaż sprawę, że człowiek "z orientacją się rodzi" i że "tak zawsze było na świecie".

Jeśli dodamy do tego posła Daniela Milewskiego, który w TOK FM przekonywał, że w Białymstoku widział "mężczyzn prowadzonych na smyczy", wicepremiera Sasina, według którego środowisko LGBT "epatuje seksualnością", Krystynę Pawłowicz, dla której to "zaburzeni płciowo i obyczajowo" i Kamila Bortniczuka, który w Polsat News mówił, że w "ideologii LGBT widzi nawoływanie do jawnogrzesznictwa", to mamy już pełen obraz stanowiska Zjednoczonej Prawicy ws. mniejszości seksualnych. I nie jest to żadna krytyka, tylko zwykła nagonka. W myśl naszkicowanej już w kwietniu przez prezesa Kaczyńskiego tezy, że takie ruchy "zagrażają tożsamości, narodowi, jego trwaniu i polskiemu państwu".

I w odpowiedzi na te sformułowania środowisko LGBT, przy braku wsparcia sejmowej i pozasejmowej opozycji, zostaje właściwie politycznie osamotnione.

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM