Dlaczego Piotr Adamowicz startuje w wyborach? Kandydat KO przyznaje, że autorem pomysłu jest jeden z twórców "Solidarności"

Piotr Adamowicz, kandydat do Sejmu Koalicji Obywatelskiej, tłumaczył w TOK FM, co sprawiło, że zdecydował się startować w wyborach parlamentarnych. Wszystko zaczęło się od Bogdana Borusewicza.
Zobacz wideo

Dominika Wielowieyska pytała w Poranku Radia TOK FM, dlaczego Piotr Adamowicz, dziennikarz oraz brat zamordowanego w styczniu prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, zdecydował się kandydować w wyborach parlamentarnych. 

Jak wyjaśniał, jako pierwszy przekonywał go do tego Bogdan Borusewicz, współtwórca Wolnych Związków Zawodowych i "Solidarności", a dziś wicemarszałek Senatu.  - Kilkanaście tygodni temu zadzwonił do mnie, zaprosił na spotkanie, przekonywał, że powinienem kandydować, bo w sumie w polityce opozycyjnej znalazłem się jeszcze jako licealista i się na tym znam - tłumaczył zaznaczając, że wówczas jeszcze odmówił. 

Jednak wieść o tym, że do kandydowania zachęca go Bogdan Borusewicz, szybko się rozniosła. - Potem Prezydent Aleksandra Dulkiewicz, prezydent Sopotu Jacek Karnowski czy marszałek województwa Mieczysław Strug i grono samorządowców także usilnie mnie przekonywało. Postanowiłem więc spróbować. - mówił. 

Dziennikarka chciała także wiedzieć, czy Kościół w Gdańsku angażuje się w kampanię wyborczą. Piotr Adamowicz nie zauważył, aby działał w ten sposób arcybiskup Sławoj Leszek Głódź. - Ale przemknęła mi informacja o liście pasterskim arcybiskupa Jędraszewskiego i naprawdę nie bardzo rozumiem, dlaczego wpisuje się on w PiS-owską narrację, która stwarza poczucie zagrożenia, wytwarza elementy strachu przed gender i LGBT - mówił, zastanawiając się, czy duchowny świadomie napisał taki list. Przypomniał także, że PiS po raz kolejny buduje poczucie zagrożenia - wcześniej straszono bowiem migrantami i roznoszonymi przez nich pasożytami. 

"Nie chciałem, żeby było tak jak na Krakowskim Przedmieściu"

Piotr Adamowicz tłumaczył także, dlaczego nie zgodził się na organizację miesięcznic śmierci swojego brata, mimo że mieszkańcy miasta chcieli o tym przypominać. - Nie zgodziłem się, ponieważ każda śmierć, żałoba kiedyś się kończy. Nie chciałem powtórzenia sytuacji, którą mieliśmy po tragedii smoleńskiej: wzajemnych przepychanek. Śmierć należy uszanować, ale nie chciałem, żeby było to kojarzone z tym, co się działo na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie - mówił. Dodał też, że tego typu uroczystości byłby niepotrzebne, zwłaszcza patrząc, jak obchody miesięcznic katastrofy smoleńskiej pełne były przepychanek, wymian inwektyw. - Tak nie powinno się czcić osób zmarłych - podkreślił Adamowicz. 

Rozmowy posłuchasz też na telefonie w aplikacji TOK FM. 

DOSTĘP PREMIUM