30 lat temu wyprowadzono sztandar PZPR. "Przez ten czas nie udało się oderwać lewicowości od PRL-u"

Lewica walcząc o głosy musi myśleć o pokoleniach wychowanych już w III RP, czyli wymyślić sposób na docieranie do ludzi, dla których składki na ZUS są większą groźbą niż wojna nuklearna - przekonywał w rozmowie z tokfm.pl profesor Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Zobacz wideo

Jakub Baliński: 29 stycznia 1990 r. uczestnicy XI Zjazdu PZPR przyjęli uchwałę o zakończeniu działalności partii. Padły słynne słowa: "sztandar wyprowadzić". Przez te 30 lat, najpierw SdRP, a potem SLD, przeżyło istny rollercoaster emocji, bo przecież ta formacja miała swoich premierów, prezydenta (Aleksander Kwaśniewski jako jedyny sprawował urząd dwie kadencje), wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej, ale miała też potężne afery i w 2015 roku wypadła poza Sejm. Czy w 2019 roku Lewica wróciła silniejsza i tych błędów już nie powtórzy?

Rafał Chwedoruk, politolog, prof. UW: Działacze tej partii do tej pory z okazji każdego święta powinni wysyłać kartki z życzeniami do emerytowanych pułkowników, bo to dzięki nimi udało się przetrwać tyle zawirowań. Tych około milion wyborców przez lata trwa przy SLD, ufa jego politykom i głęboko wierzy w zestaw idei i haseł. A co do wyciągania wniosków, to to zawsze było ugrupowanie pragmatyczne i elastyczne, które potrafiło się dostosować.

A dostrzega Pan jeszcze jakieś punkty wspólne między lewicą lat 90. a tą dzisiejszą?

Nic nie jest takie samo, jak wtedy, więc i siłą rzeczy dotyczy to Lewicy. Jednak w tym wypadku, jeśli skoncentrujemy się głównie na wymiarze partyjno-organizacyjnym, czy identyfikacji pojęcia lewicowości, to wciąż jest tym samym.

To znaczy?

W olbrzymim stopniu makrospołecznie lewicowość jest kojarzona ze sporem o historię. Przez 30 lat nie udało się oderwać lewicowości od kontekstu Polski powojennej, czyli PRL. A ci członkowie Lewicy, którzy są poza postpeerelowskim rodowodem, musieli iść na spore kompromisy. Robert Biedroń notabene był kiedyś w SLD, ale już antykomunizm środowiska Adriana Zandberga musiał zostać mocno stępiony, żeby jego partia mogła przetrwać w dużej polityce. Razem, mimo profesjonalnego przygotowania swoich działań, nie była w stanie tego zrobić, co pokazywały kolejne kampanie wyborcze.

W myśl zasady: osobno nie mamy nic, ale razem wszystko?

Coś w tym pewnie jest. Już wybory samorządowe w 2018 roku i samodzielne wejście SLD do sejmików pokazały, że ta formacja do parlamentu wróci. Można sobie wyobrazić, że SLD jako partia, przetrwałaby kolejne wybory i weszła do Sejmu, opierając się na tradycyjnym elektoracie. Jednak ugrupowanie to, od czasu afery Rywina, nie było w stanie poszerzyć grona wyborców. O Wiośnie można już chyba powoli mówić w czasie przeszłym. Z kolei partia Razem ma ten problem, że w Polsce nie ma dla niej wyborców, czyli elektoratu prosocjalnego, liberalnego obyczajowego i młodego. Ostatnie wybory pokazały, że na plecach tradycyjnego elektoratu i przyciągnięciu części głosów liberalnych, udało się osiągnąć połączonej Lewicy znaczący wynik. Sądzę zatem, że ten mariaż będzie trwały. Chyba że z sondaży wyniknie duża tendencja spadkowa i zaczną się próby odwrócenia złego trendu. Jednakże prędzej w takiej sytuacji spodziewałbym się tendencji odśrodkowych w samym SLD. 

Panie profesorze, wskazuje pan na "tradycyjny elektorat" SLD, czy szerzej lewicy. To tylko ci "emerytowani pułkownicy"? Lewica ma w Polsce swój twardy elektorat?

Ona go ma i dzięki niemu w ogóle żyje. Pamiętajmy, że w latach 90 poparcie SdRP, a potem SLD było trochę niereprezentatywne. Na nich kumulowały się głosy tych, którym nie podobała szokowa transformacja, masowe bezrobocie, prywatyzacja gospodarki czy wzrost roli Kościoła. Głosowania miały nieco plebiscytarny charakter. Od 2002 roku na arenie dziejów został tylko ów żelazny elektorat. Można powiedzieć ogólnie - pomundurowy. Wyjątkiem od reguły były tylko wybory prezydenckie i samorządowe w 2010 roku za czasów przywództwa Grzegorza Napieralskiego. Ten elektorat jest bardzo lojalny, choć jego część czasami głosowała na PO, żeby być przeciw PiS.

Poza wpadką w 2015 roku te głosy dawały mandaty w Sejmie.

Ten elektorat ratował SLD od zguby po aferze Rywina czy niezbyt udanych rządach młodych liderów. Bez odwołania do stałych zwolenników, np. w kwestiach historii i obrony emerytur, nie udałoby się przetrwać poza Sejmem. Łatwo znaleźć miejsca ponadstandardowego poparcia dla SLD na mapie. To głównie pogarnizonowe miasteczka czy wojskowe dzielnice i osiedla. Plus enklawy, np. SLD notuje wysokie wyniki w prawosławnych gminach na Podlasiu. Do tego dodajmy pozostałości pasa rewolucji z 1905 roku, czyli przemysłowe miasta od Włocławka po Częstochowę i Zagłębie Dąbrowskie. Jednak ten elektorat z biegiem czasu topnieje.

Bez posiłków z Wiosny i Razem może być trudno.

Pamiętajmy jeszcze o jednym. Nie jesteśmy w stanie wiarygodnie stwierdzić, czy przestrzeń, jaką lewicy udało się wywalczyć w ostatnich wyborach, jest czymś trwałym. W październikowej elekcji wzbierająca fala frekwencji podniosła wszystkie łodzie, a najbardziej zyskały na tym te najmniejsze. Po drugie, duża część elektoratu PO była zdezorientowana po szybkim zawiązaniu, a potem gwałtownym upadku Koalicji Europejskiej. Po trzecie, na Lewicę głosowali też wyborcy młodego pokolenia, a ten typ elektoratu jest bardzo chwiejny.

Wynik Roberta Biedronia w wyborach prezydenckich tego nie potwierdzi?

Nie do końca. Sam Robert Biedroń zawęża formułę. To kandydatura obliczona na wąski krąg wyborców. Jego wynik da nam bardziej odpowiedź na pytanie o relacje wewnątrz Lewicy. Ludzie bardziej będą głosować na Biedronia lub przeciw niemu, a nie na szerzej pojętą lewicę.

Przy praktycznie duopolu PiS i PO Lewica jest skazana tylko na bycie opozycją?

W świecie – poza nielicznym wypadkami jak Dania czy Argentyna – lewica przeżywa kryzys. Polska na tym tle wydaje się być na pozór pewnym ewenementem, bo Lewica zyskała w wyborach nie tylko w procentach, ale też w liczbie wyborców. Jednak globalne tendencje są niekorzystne. Wieloletnie modlitwy zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji, które można streścić w sloganie: "Globalizacja tak, wypaczenia nie", pokazały w pełni swoją pustkę intelektualną i niedojrzałość polityczną.

Mocne oskarżenia. Dlaczego tak Pan uważa?

Bo globalizacja, demontując rolę państwa w życiu społecznym, pogrążyła filar lewicy, jakim jest państwo z redystrybucyjną rolą podatków. Do tego problem migracji, zanikania granic, uderzył w elektoraty lewicowych partii, bo to elektorat lewicy z niezamożnych dzielnic robotniczych najczęściej stykał się z migrantami. Na tym polu Polska nagle nie stanie się samotną wyspą. Wiara w to, że dzięki osłabianiu PO z Lewicy wyrośnie partia z poparciem podobnym do SLD z drugiej połowy lat 90. XX wieku, jest nadzieją na wyrost. Lewica będzie musiała walczyć o elektorat po Platformie Obywatelskiej  i Nowoczesnej, a przez to będzie się do tych ugrupowań upodabniać. Z lewicowości zostanie jej tożsamość w kwestiach kulturowych, antyklerykalizm, prawa mniejszości, a bazując tylko na tym, nie da się wygrać. Trzeba myśleć o pokoleniach wychowanych już w III RP, czyli wymyślić sposób na docieranie do ludzi, dla których składki na ZUS są większą groźbą niż wojna nuklearna.

Na pewno nie w pełni zgodziłby się z Panem szef SLD, wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, który wielokrotnie powtarzał, że za cztery lata lewica będzie rządzić lub współrządzić Polską.

Pan Czarzasty ma za sobą mocny argument, że zrealizował – bez większych perturbacji – obietnicę powrotu lewicy do Sejmu. Trzeba przyznać, że perspektywa współrządzenie nie jest nierealistyczna. Choć w Polsce mamy system wielopartyjny, to jednak od 2006 widzimy poważne tendencje bipolarne, czyli albo rządzą jedni, albo drudzy. Jeśli PiS utrzyma władzę, to nic z tego. Natomiast, jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego miałaby przegrać wybory, to widać wyraźnie, że samo PO, nawet z PSL, to będzie za mało. I pewnie powstanie koalicja wszystkich podmiotów przeciwko PiS. Jednak do tego czasu, dobrze byłoby, żeby lewica zastanowiła się, w imię czego chciałaby rządzić, bo z tym często partie lewicowe mają w dzisiejszym świecie problem.

Nie tylko o ostatni zjeździe PZPR z 1990 roku Maciej Zakrocki rozmawiać będzie w niedzielę (2 lutego) ze Zbigniewem Siemiątkowskim w audycji Historie Polskie.

DOSTĘP PREMIUM