Tomasz Stawiszyński: Samotność Gwyneth Paltrow

"Żadna, nawet najbardziej spektakularna sesja psychodeliczna nie zastąpi przecież autentycznych więzi. Żadna kąpiel w lodowatej wodzie nie uchroni przed przemijaniem i śmiercią" - pisze w nowym Kwadransie Filozofa Tomasz Stawiszyński, którym tym razem opowiada o swoich przemyśleniach dotyczących serialu "The Goop Lab".
Zobacz wideo

- W życiu chodzi o to, żeby osiągnąć maksymalną optymalizację - mówi Gwyneth Paltrow na samym początku pierwszego odcinka "The Goop Lab", serialu dokumentalnego dostępnego od niedawna na platformie Netflix. Czy raczej należałoby powiedzieć: na początku rozbudowanej wieloodcinkowej reklamy dla niepoznaki prezentowanej jako serial. Bo następująca po wspomnianej deklaracji feeria postaci, usług oraz praktyk, mających rzekomo owej "maksymalnej optymalizacji" służyć, przypomina jeden wielki promocyjny spot prowadzonego przez Paltrow od 12 lat przedsiębiorstwa - nie od dzisiaj słynącego z promocji najrozmaitszych mniej lub bardziej dziwacznych pseudomedycznych i pseudoduchowych urządzeń i technik, których charakterystyczną cechą jest w najlepszym razie całkowita bezużyteczność.

Bez względu jednak na okoliczność, że mnóstwo spośród reklamowanych przez Goop produktów i usług to hochsztaplerka w najczystszej postaci, firma przynosi gigantyczne dochody, a jej oferta cieszy się ogromną popularnością. Jest to, nawiasem mówiąc, tylko jeden z niezliczonych przykładów ilustrujących nieprawdziwość neoliberalnej mitologii, w myśl której na wolnym rynku w "naturalny" sposób wygrywają towary najlepszej jakości.

Jak widać, nic podobnego. Na wolnym rynku świetnie się natomiast mają produkty, których twórcom udaje się pomyślnie zagospodarować rozmaite ludzkie pragnienia, oczekiwania, potrzeby oraz… błędy poznawcze, sprawiające, że nierzeczywistość bierzemy za rzeczywistość.

Z powodów oczywistych obszar związany ze zdrowiem należy tutaj do najbardziej wrażliwych. Lęk przed śmiercią i starością, radykalnie podsycany w późnym kapitalizmie, jest wszak wyjątkowo dotkliwy i przejmujący. Dlatego właśnie działają w tej sferze zastępy pseudouzdrowicieli i pseudolekarzy sprzedających - często za ogromne pieniądze - niespełnialne obietnice i płonne nadzieje. Czegoż tu nie ma. Od rzekomo uzdrawiających kryształów, przez homeopatię - jedną z najbardziej absurdalnych i bezużytecznych pseudomedycyn w historii - aż po techniki duchowego, albo "kwantowego" usuwania "blokad energetycznych" wywołujących ponoć wszelakie choroby i zaburzenia. Oferta jest naprawdę gigantyczna. Ale najnowszy serial firmowany przez Gwyneth Paltrow winduje to wszystko na jeszcze wyższy poziom absurdu.

"Obraz świata wyłaniający się z tej produkcji jest wbrew pozorom ponury"

Rzecz już nawet nie w tym, że prezentowane w "The Goop Lab" techniki i terapie - wyłączając psylocybinę i MDMA, których lecznicze działanie jest dziś badane na najlepszych uczelniach medycznych świata - są całkowicie bezwartościowe, a nawet potencjalnie niebezpieczne dla zdrowia. Rzecz nie w tym także, że przedstawianie bioenergoterapii albo mediumizmu jako realnych zjawisk, nie zaś co najwyżej psychologicznych efektów specjalnych generowanych przez zawodowych speców od manipulacji, jest najzwyklejszym oszustwem. Rzecz przede wszystkim w tym, że obraz świata i ludzkiego życia wyłaniający się z tej produkcji jest wbrew pozorom ponury i przygnębiający.

Oto bowiem grupa dorosłych kobiet i mężczyzn poddawana jest na naszych oczach nieustannym zabiegom ulepszającym, upiększającym, zwiększającym wytrzymałość, podnoszącym odporność. I w ogóle sprawiającym, że bezpowrotnie zniknąć mają wszelkie niedoskonałości i słabości charakterystyczne dla istot obdarzonych ciałem podatnym na starzenie się i choroby. Istot skończonych, dysponujących ograniczoną wiedzą o świecie i o sobie, wystawionych na destrukcyjne działanie upływającego czasu, lękających się o przyszłość, poszukujących bliskości i ciepła, przerażonych perspektywą własnej śmierci i śmierci swoich bliskich. Istot cierpiących na rozmaite choroby i dolegliwości, niedoskonałych, bezradnych, pogrążających się w smutku, czasem w rozpaczy. Istot żyjących w jakiejś historycznej i politycznej rzeczywistości, będących częścią konkretnego społeczeństwa, w którym wyznaje się określony system wartości, i w którym, tak czy inaczej funkcjonują - albo nie funkcjonują - rozmaite instytucje. Istot mających obawy, nadzieje, lęki, słabości i oczekiwania.

Praktyki typowe dla późnokapitalistycznej duchowości

I otóż w celu pozbycia się tych wszystkich cech, które czynią ich tym, kim są, pracownicy firmy Paltrow robią na ekranie rzeczy najdziwniejsze. Z naprawdę ogromną determinacją.

Piją wywar z halucynogennych grzybów, żeby odzyskać łączność z wszechświatem.

Zanurzają się w lodowatej wodzie, żeby wykształcić stuprocentową kontrolę nad własnym ciałem.

Trenują orgazmy niczym podnoszenie ciężarów, żeby w pełni wyzwolić potencjał rozkoszy tkwiący w precyzyjnie rozpoznanych strefach erogennych.

Eksperymentują z dietami i zabiegami upiększającymi, żeby obniżyć swój wiek biologiczny.

Poddawani są zabiegom udrażniania przepływu jakiejś tajemniczej "energii" w ciele, żeby stało się ono gibkie, i żeby wszelkie "blokady emocjonalne" oraz traumy bezpowrotnie się "rozpuściły".

A wreszcie nawiązują kontakt z umarłymi, żeby zniwelować lęk przed śmiercią i tęsknotę za tymi, którzy odeszli. I którzy, jak się okazuje, mają żywym do przekazania wyłącznie jakieś zaskakująco banalne frazesy.

Oczywiście są to praktyki bez wyjątku typowe dla późnokapitalistycznej duchowości. Nie ma tu nic nowego. Wszystko podporządkowane jest usprawnianiu - czy też jak woli mówić Paltrow - "optymalizacji" jednostki. Ma się ona stawać wciąż lepsza, silniejsza, doskonalsza i sprawniejsza. To jest jej podstawowe zadanie, zobowiązanie etyczne, ostateczny życiowy horyzont.

Ofertę formułuje się przy tym w języku będącym miksturą wschodniej duchowości oraz dyskursu samorealizacji i samopomocy. A chociaż rozprawia się dużo o "rozpuszczaniu ego", wyrażaniu emocji i budowaniu więzi - efekty są dokładnie odwrotne. Coraz bardziej sfrustrowane - przez pragnienia istotowo niemożliwe do spełnienia, jak choćby pragnienie wiecznej młodości oraz presję ciągłego ulepszania - bohaterki i bohaterowie nieustannie tylko pogrążają się w głębinach własnego "ja", obsesyjnie koncentrują na wszelkich, najdrobniejszych nawet wewnętrznych poruszeniach i dyskomfortach. W konsekwencji przez cały czas zajęci są wyłącznie sobą. Swoimi odczuciami, emocjami, traumami, biografiami. A także - last but not least - swoją potrzebą rozwoju, ekspansji, realizacji własnego potencjału. I doświadczenia rzeczy niezwykłych, intensywnych, przejmujących.

Samotność

Najbardziej rzuca się w oczy ich samotność. Choć mnóstwo się w tym osobliwym programie opowiada o relacyjności i więziach, tak naprawdę widzimy tylko monady szczelnie zamknięte we wnętrzach własnych światów. Śniące każda z osobna swój sen, pogrążone w wyścigu o zdobycie jakichś wyimaginowanych supermocy, które zapewnią sukces i realizację wszystkich marzeń. Przerażone perspektywą przemijania i utraty atrakcyjności fizycznej – co bezpośrednio komunikuje w pewnym momencie jedna z bohaterek. A wreszcie – dosłownie owładnięte ideą doskonałości i oświecenia. Wprzęgnięte w ten nieludzki reżim nieustannej pogoni za coraz to nowymi sposobami odsuwania od siebie tego, co nieodsuwalne i unikania tego, co nieuniknione.

Świat, w którym każdy jest zdany sam na siebie

Dlatego właśnie wizja świata, która się z tego serialu wyłania, jest ponura i przerażająca. To świat, w którym każdy jest zdany tylko na siebie. Oddzielony od innych jakąś gigantyczną wprost odległością. Tak przepastną, że łatwiej mu z pomocą psylocybiny zatracić się w bezosobowej miłości do wszechrzeczy, albo z pomocą medium nawiązać kontakt z umarłymi, niż wejść w niełatwą, skomplikowaną i często nacechowaną cierpieniem relację z innym żywym człowiekiem. Znaczącym symbolem jest tutaj odcinek poświęcony seksualności, którą zaprezentowano, jakby była aktywnością na dobrą sprawę jednoosobową i sprowadzającą się wyłącznie do odpowiednio prowadzonej stymulacji narządów płciowych. Oczywiście, zasłużona seksedukatorka Betty Dodson, bohaterka tego odcinka, zrobiła niewątpliwie bardzo dużo, jeśli chodzi o rozbijanie pruderyjno-konserwatywnych mitów dotyczących kobiecego ciała. Niemniej niektóre sceny - i w ogóle cały "The Goop Lab" - choć emanować z nich miały entuzjazm i pozytywna energia, kojarzą się raczej z powieściami Michela Houellebecq’a. Żywy człowiek, z jego cielesnością, splątaniem, bezradnością, przemijalnością, niedoskonałością, lękiem, niezrozumieniem i niewiedzą, jawi się tutaj jako opcja zdecydowanie mniej atrakcyjna niż wykonany ze stali chirurgicznej sztuczny penis o starannie zaprojektowanej anatomii. Zaś ekstatyczna miłość do wszystkiego - z towarzyszącym poczuciem uczestnictwa w wieczności - wydaje się niewątpliwie znacznie bardziej spektakularna i łatwiejsza niż relacja z ludzkim partnerem, w której prędzej czy później pojawią się bezradność, złość, rozczarowanie czy przyzwyczajenie.

Sprytne, prawda?

Rzecz w tym, że żadna, nawet najbardziej spektakularna sesja psychodeliczna nie zastąpi przecież autentycznych więzi. Żadna kąpiel w lodowatej wodzie nie uchroni przed przemijaniem i śmiercią. Podobnie jak żadna dieta, chirurgiczny zabieg, czy - tym bardziej - bioenergoterapia. Nawet najbardziej sprytne medium nie zniweluje lęku przed śmiercią i nie zaleczy głębokiej tęsknoty, jaką odczuwamy za zmarłymi.

Są to zatem środki działające tymczasowo. Nie znaczy to jednak zarazem, że są to środki bezpieczne. Owszem, doraźnie być może faktycznie uśmierzają ból i pustkę samotności. Ale na dłuższą metę wzmacniają tylko wszelkie te dyskomforty i deficyty, na które stanowić miały rzekomo niezawodne panaceum. Wzmacniają, dając tyleż chwilowe, co złudne poczucie uwolnienia się od niezbywalnych składowych ludzkiej kondycji. A także - przede wszystkim - kreując fikcyjne ideały i pragnienia, które nie mają z realnym życiem wiele wspólnego.

Już sam kontakt z tego rodzaju przekazem działa niszcząco. Starannie wygenerowana przez specjalistów od marketingu i manipulacji filmowa rzeczywistość - w której radośni pracownicy Goop przeżywają kolejne oświecenia i uwolnienia oraz uruchamiają kolejne swoje ukryte potencjały - sprawia wrażenie prawdziwej. Tymczasem została przygotowana specjalnie na potrzeby handlowe. Jeśli ktoś - skądinąd zgodnie z intencjami sprzedawców - postawi ją sobie za rzeczywisty wzór do naśladowania, z całą pewnością prędzej czy później zacznie odczuwać głębokie niezadowolenie i frustrację. Tę frustrację zaś - co natychmiast podpowiedzą usłużni sprzedawcy - najlepiej zniwelować mają oferowane przez nich warsztaty i gadżety.

Sprytne, prawda?

Kwadrans Filozofa możesz też odsłuchać - znajdziesz go w Aplikacji TOK FM

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM