Nie najlepsze nastroje w sztabie Dudy. "Trudniejszego tygodnia nie będzie"

Dla Andrzeja Dudy kończący się tydzień miał być hucznym początkiem kampanii wyborczej. Sobotnia konwencja i środowa prezentacja sztabu zapowiadane były jako wydarzenia, dzięki którym prezydent z impetem wkroczy do walki o reelekcję. Rzeczywistość zweryfikowała te plany.
Zobacz wideo

Mijające siedem dni były dla sztabu Andrzeja Dudy czasem gaszenia pożarów i odpowiadania na pułapki, które nieświadomie zastawiło Prawo i Sprawiedliwość. Zamiast debaty o konwencji była więc debata o środkowym palcu, a zamiast sylwetek członków sztabu media pokazywały sylwetki agentów CBA.

Inauguracyjna konwencja Andrzeja Dudy była szykowana od co najmniej początku roku i pierwotnie wcale nie miała odbyć się w Warszawie. Otoczenie prezydenta wysyłało sygnały, że kandydat będzie chciał wrócić w okolice miejsca, w którym wszystko się zaczęło, czyli do Małopolski. To nawiązanie do krakowskiej konwencji sprzed 5 lat - kiedy po raz pierwszy PiS przedstawiło Andrzeja Dudę jako nominata do Pałacu Prezydenckiego - mimo zmiany miejsca, w atmosferze wydarzenia pozostało. 

Przez prawie 2 godziny w sobotę w hali Expo na warszawskiej Woli czołowi politycy PiS-u wymieniali atuty prezydenta i jego historię sprzed objęcia urzędu. Przemawiał i prezes Jarosław Kaczyński, i premier Mateusz Morawiecki, i w końcu, uważana za autorkę sukcesu elekcji z 2015, Beata Szydło. W wypowiedziach części z nich, szczególnie szefa partii, trudno było się doszukać wyliczania prezydenckich sukcesów Andrzeja Dudy.

Postawiono na wspomnienia i próbę odtworzenia emocji sprzed lat, kiedy to obecny prezydent był zaledwie rzecznikiem i szeregowym europosłem partii. Zorganizowaną z hollywoodzkim rozmachem konwencję zakończył sam kandydat, również wspominając minione lata i zapewniając o bliskości z wyborcami. Ale programowych konkretów zabrakło. Wśród wielu komentatorów i publicystów pozostał niedosyt, szczególnie że prezydent ani słowem nie odniósł się do wydarzeń sprzed zaledwie 48 godzin, kiedy to na sali plenarnej Sejmu ukazał się środkowy palec posłanki Lichockiej. A i w mediach społecznościowych obrazki z konwencji z trudem przebijały się przez wysyp tweetów i postów nawiązujących do gestu byłej partyjnej koleżanki Andrzeja Dudy. 

Drugie otwarcie zaplanowano na środę. Prezentacja sztabu i inauguracja nowego biura wyborczego miały ponownie osiągnąć cel, którego nie udało się zrealizować w sobotę. Tyle, że miejsce rytualnych dyskusji o członkach sztabu zastąpiła instytucjonalna wojną, którą przez cały dzień prowadziły CBA i NIK. Wymiana ciosów następowała tak kaskadowo, że prezentacja sztabu mogła się w medialnych doniesieniach zmieścić zaledwie w krótkim oknie między kolejnymi wybuchami. Entuzjastyczne okrzyki wolontariuszy, którzy bijąc brawo zachęcali prezydenta do wyjścia na scenę, kontrastowały z ciemnymi kominiarkami agentów CBA, którzy z kolei przeszukiwali w sumie 20 adresów związanych z Marianem Banasiem. Prezydent w konwencyjnym stylu mówił krótko. Tak krótko, że choć zdążył zaapelować o kulturę w kampanii wyborczej, odnosząc się do wydarzeń z Pucka i z Sejmu, to swojego sztabu nie zaprezentował. Zrobił to dopiero chwilę później rzecznik Adam Bielan. 

Czwartek. Z okolic stołecznego placu Teatralnego odjeżdża Dudabus, kolejne zresztą nawiązanie do kampanii z 2015 roku. Powrót na wyborczą trasę, która zdaniem wielu przyczyniła się do pierwszego zwycięstwa, miał na nowo pokazać Andrzeja Dudę jako kandydata aktywnego, rozmawiającego z ludźmi i dzielącego z nimi ich troski. Pokazał jednak bardziej nową szefową sztabu mecenas Jolantę Turczynowicz-Kieryłło. To na niej skupiła się uwaga dziennikarzy po tym, jak w swoim pierwszym wywiadzie telewizyjnym oceniła, że „dowolność korzystania z wolności słowa może prowadzić do zagrożeń, nawet do zagrożeń interesów, które są ważne z perspektywy państwa”. Z czwartkowego przejazdu prezydenta, poza zainteresowaniem samą szefową sztabu, pozostały jeszcze: dyskusja o udziale dziennikarzy w takich wydarzeniach, klipy z mężczyzną dziękującym za 500+ i pączki. 

- Trudniejszego tygodnia nie będzie - zapewniają mnie w nieoficjalnych rozmowach członkowie sztabu Andrzeja Dudy, choć zbieg wydarzeń związanych z Lichocką, Banasiem i Turczynowicz-Kieryłło wprawił ich w zakłopotanie. Szczególnie działaniami Centralnego Biura Antykorupcyjnego politycy mieli być najmocniej zaskoczeni. A w sztabie powoli pojawia się pytanie, czy prezydent ws. Mariana Banasia nie powinien jednak mocniej zabrać głosu. Do tej pory jedynie sugerował, bardziej nawet w formie pośredniego apelu, że osoby, co do których zgłaszane są tak daleko idące zastrzeżenia, bo jeszcze nie prokuratorskie zarzuty, nie powinny sprawować urzędów publicznych. Jednak serial związany z prezesem Najwyższej Izby Kontroli wcale nie dobiega końca, dlatego rozważany jest bardziej stanowczy komunikat prezydenta. 

Sprawa Mariana Banasia i gest Joanny Lichockiej, choć z pozoru zupełnie ze sobą nieporównywalne, z punktu widzenia sztabu Andrzeja Dudy mają jeden wspólny mianownik - „sklejanie prezydenta z problemami PiS”. To przede wszystkim dlatego Andrzej Duda, otwierając swoje biuro wyborcze, mówił o „sytuacjach, które niedawno miały miejsce w Pucku i, niestety, w polskim Sejmie”. Bezpośrednie nawiązanie do posłanki Lichockiej, niewymienienie jej nazwiska, nazwy ugrupowania czy w końcu sprecyzowania gestu nie pojawiły się umyślnie.

Dyskusja wokół wypowiedzi Turczynowicz-Kieryłło w sztabie budzi mniej obaw niż dwie poprzednie. Wywiadu sztabowcy bronią z trudem i przyznają, że zdania o wolności słowa były „za bardzo publicystyczne”. Oczywistą negatywną konsekwencją jest też to, że ściągnęła uwagę z samego prezydenta. Ale w samym wykorzystaniu jej wypowiedzi przez opozycję politycy PiS-u upatrują już szansę, bo dzięki działaniom konkurentów stała się postacią rozpoznawalną. Kwestią fundamentalną jest teraz jednak, co z tą pejoratywnie rozpoczętą rozpoznawalnością zrobi.

Problemy wizerunkowe to jedno, ale otoczenie Andrzeja Dudy mierzy się także z problemami wewnątrz swojego obozu. Jako najważniejszy sztabowcy wymieniają sprawę mobilizacji twardego elektoratu, który sceptycznie patrzy na niektóre tarcia w obozie władzy. Tych w ostatnich dniach było aż nadto. Od Mariana Banasia po niezbyt uprzejmą wymianę zdań między rzecznikami prezydenta i rządu ws. polskiej delegacji do Smoleńska. 

  - Z punktu widzenia mobilizacji wewnętrznej najwięcej pożytku przyniosła sobotnia konwencja - słyszę w sztabie prezydenta - Bo z jednej strony wysłała sygnał do twardego elektoratu, a z drugiej przynajmniej na czas kampanii zawiesiła spory między koalicjantami. Tych złośliwości między naszymi politykami w ostatnich tygodniach było zbyt wiele i to nie może się powtarzać - mówi jeden z członków zespołu Andrzeja Dudy.

Kłopotliwa ma też być postawa samego prezydenta, który w ocenie sztabowców nadal nie przestawił się na tryb kampanijny.

 - Przychodzi taki moment, w którym prezydent musi się stać kandydatem i na boczny tor odłożyć postrzeganie siebie przede wszystkim jako głowy państwa - mówią politycy PiS-u. I mają nadzieję, że w kolejnych dniach zarówno podróże Dudabusem, jak i spotkania z wyborcami, zmienią nastawienie i temperament kandydata. - W dużej mierze zaczyna się to udawać, ale problem nie jest jeszcze zażegnany.

 Na razie zmiany harmonogramu kampanii nie będzie. Współpracownicy Andrzeja Dudy rezygnują z wielkich konwencji wyborczych, głównie ze względu na koszta. Stawiają na podróże Dudabusem i spotkania z wyborcami. Konwencje będą jeszcze dwie. Jedna na finał kampanii, druga znacznie szybciej. I to na niej prezydent ma przedstawić założenia programowe, których do tej pory brakuje.

 - To kwestia kilku dni. Być może powstanie coś w formule zbliżone do „piątek” z poprzednich kampanii, ale ostatecznej decyzji jeszcze nie ma - mówi czołowy polityk Prawa i Sprawiedliwości.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM