Turczynowicz-Kieryłło ma "przykrywać" wpadki Andrzeja Dudy? To teza byłego ministra spraw wewnętrznych

Bartłomiej Sienkiewicz na antenie TOK FM wysnuł tezę, że PiS specjalnie wybrał na szefa sztabu prezydenta osobę, o której będzie się dużo mówiło. Żeby "przykrywała" wpadki samego Andrzeja Dudy. Były minister spraw wewnętrznych przypomniał też, że to z domu Jolanty Turczynowicz-Kieryłło "zniknęły akta dotyczące porwania Krzysztofa Olewnika".
Zobacz wideo

Rozmowa Mikołaja Lizuta z Bartłomiejem Sienkiewiczem dotyczyła między innymi szefowej sztabu Andrzeja Dudy. Jolanta Turczynowicz-Kieryłło skutecznie przykuła uwagę mediów. Między innymi z powodu doniesień "Gazety Wyborczej" na temat tego, że pani mecenas miała ugryźć mieszkańca Milanówka. Jak tłumaczy szefowa sztabu prezydenta Dudy, mężczyzna miał ją zaatakować, kiedy w nocy spacerowała z synem po miasteczku. 

- To ciekawa postać nie tylko ze względu na to, że kogoś pogryzła. To z jej domu w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęły akta dotyczące porwania Krzysztofa Olewnika. Kradzież? Nie kradzież? Nie do końca wiadomo, co tam się stało. Sprawców nie wykryto - mówił były minister spraw wewnętrznych.  Do zdarzenia, które przypomniał polityk PO, doszło w 2009 roku: z domu mec. Turczynowicz-Kieryłło - obrońcy policjantów zamieszanych w sprawę porwania Krzysztofa Olewnika - zgineły laptopy i dokumenty. 

Bartłomiej Sienkiewicz przypomniał też, że to Turczynowicz-Kieryłło broniła "dwórki pana Glapińskiego i prawa do prywatności".  - To także ta pani, już w czerwonym płaszczyku szefowej kampanii, mówiła, że to właściwie  mężczyźni powinni piastować najwyższe funkcje. Jednym słowem: mamy do czynienia z bardzo ciekawą osobą - ocenił gość TOK FM. Zdaniem posła nie jest przypadkiem, że to właśnie Jolanta Turczynowicz-Kieryłło stanęła na czele sztabu Andrzeja Dudy. - To pierwszy chyba taki ewenement, gdzie szef kampanii musi "przykrywać" swojego szefa. Pan prezydent Duda ma tak nic do powiedzenia; wypada tak miałko we wszystkich swoich wypowiedziach, to jest tak sztampowe i niestrawne, że tę kampanię de facto prowadzi szef jego sztabu - mówił. I przypomniał jedną z niedawnych wypowiedzi prezydenta, który opowiadał, jak świetnie pracuje się w elektrowni w Adamowie, którą... zamknięto dwa lata temu. - Proszę zauważyć, że nie o tym rozmawiamy, ale o kolejnej wypowiedzi szefowej jego kampanii - podkreślił Sienkiewicz. 

Jak dodał były minister, "to jest projekt ratunkowy PiS-u w obawie przed Małgorzatą Kidawą-Błońską". - Sytuację Andrzej Duda-Małgorzata Kidawa-Błońska przegrywa prezydent. I uzupełnienie kampanii o tak dość kontrowersyjnego szefa kampanii łamie ten schemat - pozwala prezydentowi spokojnie opowiadać swoje komunały - uważa poseł. 

Gest Lichockiej

Mikołaj Lizut wrócił też do gestu Joanny Lichockiej. Posłanka, po tym jak Prawo i Sprawiedliwość przegłosowało dwa miliardy złotych na media publiczne, pokazała opozycji środkowy palec. Tłumaczyła, że przecierała oko, odgarniała włosy. Zdjęcie ze środkowym palcem Lichockiej błyskawicznie "rozeszło się" w mediach społecznościowych. 

Były szef MSWiA zgodził się, że polityka stała się na tyle "memiczna", że jeden obrazek może przechylić szalę zwycięstwa w wyborach. - W tym geście (Lichockiej) jest wszystko: i pogarda, i triumf. Siła tego wydarzenia polega na tym, że wszystkie emocje są pokazane na tym jednym obrazku i nie trzeba do tego tłumaczenia. I dlatego on działa z siłą huraganu - stwierdził Sienkiewicz. Według polityka jeśli "gest Lichockiej" połączymy z tym, jak ludzie - robiąc zakupy - widzą, że tezy "prezydenta Dudy o cenach rosnących przejściowo są opowieściami z mchu i paproci", to mamy odpowiedź na pytanie, skąd wzrost popularności Małgorzaty Kidawy-Błońskiej.  

Gość TOK FM przypomniał też, że "emocjonalnym fundamentem PiS, który zapewnił mu zwycięstwo", było przekonywanie, że poprzednia władza nie słuchała zwykłych ludzi, a PiS będzie słuchał. A gest posłanki Lichockiej "dewastuje całą tę opowieść".

Służby kontra Marian Banaś

Na koniec Bartłomiej Sienkiewicz komentował też sprawę szefa NIK Mariana Banasia. - To jest już walka buldogów na dywanie, a nie pod dywanem. I jeżeli gest pani poseł Lichockiej, trzymając się porównań, będzie zrozumiały w Jędrzejowie, to już sprawa pana Banasia nie będzie tam zrozumiała. To jest sprawa politycznych elit i dziennikarzy, a oznacza, że Polska osunęła się w sprawach państwa do poziomu rozpadających się republik - mówił były szef resortu spraw wewnętrznych.

Stwierdził jednak, że ta sprawa nie niesie zrozumiałego, twardego komunikatu. - Nie ma zdjęcia Banasia, które będzie miało taką siłę jak zdjęcie posłanki Lichockiej. Choć to jest straszne, co się dzieje i to jest upadek państwa - dodał i podkreślił, że, "wszędzie gdzie PiS zdobył władzę, zanikają mechanizmy państwowe, i to PiS je właśnie rozkłada", odbywa się to również na poziomie gminy czy małego miasteczka.

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM