PiS chce zrobić wybory listowne jak w Bawarii. Eksperci mówią: Sprawdzam

Polska to nie Bawaria. W Niemczech tradycja głosowania korespondecyjnego ma ponad 50 lat. U nas bardziej odbyłoby się to na zasadzie pospolitego ruszenia. Nie da się tego zrobić w rzetelny sposób - przekonywali w TOK FM eksperci.
Zobacz wideo

W piątek Sejm najpewniej zajmie się projektem PiS, który zakłada możliwość głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich wszystkim wyborcom. W takiej formie, ze względu na pandemię koronawirusa, przeprowadzona została druga tura wyborów samorządowych w Bawarii.  Jak informuje "Sueddeutche Zeitung" na terenie samego Monachium głos oddało więcej osób niż w pierwszej turze, gdy otwarte były lokale wyborcze.

Agata Kowalska, prowadząca "Analizy" w TOK FM, przypomniała, że politycy PiS powołują się właśnie na przykład Bawarii tłumacząc swój upór w sprawie organizacji wyborów w Polsce. Adam Traczyk z think-thanku Global Lab wskazywał, że między Polską a Niemcami, a w szczególności Bawarią, istnieje jedna, bardzo poważna różnica. - W Niemczech głosowanie korespondencyjne ma ponad 50-letnią tradycję. Gdy je wprowadzono, skorzystało z tego 5 procent wyborców. W ciągu lat te liczby stale rosły. Do tego stopnia, że w ostatnich wyborach do Bundestagu listownie zagłosowało 28,4 procent wyborców. A ten odsetek był jeszcze większe właśnie w Bawarii, bo wyniósł 35 procent. To pokazuje, że tam i tak 1/3 wyborców zwykle głosuje w sposób listowny – tłumaczył Traczyk.

Jak dodawał i tak budzi to w tamtejszej opinii publicznej spore kontrowersje. – Opiera się to właśnie na dużej dozie zaufania do instytucji i ich dużego doświadczenia w tej kwestii – mówił przedstawiciel Global Lab.

"Rzetelnych wyborów przeprowadzić się nie da"

Z kolei dr hab. Dawid Sześciło z Zakładu Nauki Administracji na Wydziale Prawa i Administracji UW podkreślał, że doświadczeń z Bawarii nie da się tak łatwo przełożyć na Polskę. – Po pierwsze właśnie ze względu na tradycję i doświadczenie. Po drugie, zorganizowanie wyborów listownych dla ludności w Bawarii, to troszkę co innego, niż takie przedsięwzięcie dla 30 milionów Polaków uprawnionych do głosowania. Nie mówiąc już o tych, którzy mieszkają po za granicami kraju, ich pomysłodawcy skreślili już chyba na wstępie – mówił dr Sześciło.

Gość "Analiz" TOK FM dodawał, że w Niemczech procedury w przypadku głosowania korespondencyjnego są przećwiczone od lat. – Chodziło tylko o rozciągnięcie tego na większą skalę. U nas bardziej odbyłoby się to na zasadzie pospolitego ruszenia. W kilka czy kilkanaście dni należałoby to przećwiczyć i każdego dobrze poinformować o sposobie głosowania. Żeby nie powtórzyły się sytuacje z pierwszego głosowania listownego, gdzie 6 procent takich głosów było nieważnych – tłumaczył ekspert.

Gość Agaty Kowalskiej podkreślał, że w Bawarii przed wyborami odbyła się też w miarę normalna kampania wyborcza. – U nas ona teraz po prostu się nie odbywa. To nie byłyby wybory w pełnym znaczeniu tego słowa. Ich przeprowadzenie w sposób rzetelny jest niewykonalne. Ale ma wrażenie, że nie chodzi o to, żeby one były rzetelne tylko, żeby je zrobić za wszelką cenę – podsumował dr Sześciło.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM