Tomasz Grodzki stanowczo przeciw wyborom 10 maja. Powołuje się na wyliczenia zakaźników. "Nawet pół miliona przypadków"

- Rozmawiałem z wybitnymi zakaźnikami i epidemiologami. Oni mają wyliczenia, że w optymistycznym wariancie rozwoju epidemii 10 maja będzie 40 tys. zakażonych, a w pesymistycznym pół miliona. Zapomnijmy o jakichkolwiek wyborach - mówił w TOK FM marszałek Tomasz Grodzki.
Zobacz wideo

Jak powiedział w miniony piątek dyrektor ds. sytuacji nadzwyczajnych WHO dr Mike Ryan, "mogą zaistnieć sytuacje, w których powszechne noszenie masek spowolni rozwój epidemii, ale na razie należy je przeznaczyć przede wszystkim dla personelu medycznego". Wcześniej Światowa Organizacja Zdrowia, a także politycy w Polsce, nie widziała konieczności noszenia maseczek. Zdaniem Tomasza Grodzkiego, marszałka Senatu, a także lekarza, trudno oceniać takie stanowisko jako błąd. - Widać tylko, że u nas w Polsce działano chaotycznie. W styczniu słyszeliśmy od rządu, że Chiny są daleko. 27 lutego w Senacie poprosiliśmy o informację o koronawirusie, to proponowano, żeby niektórzy włożyli lód w majtki. To było zlekceważone - mówił marszałek Grodzki. 

Zdaniem gościa Poranka Radia TOK FM Polska, podobnie jak już Czechy, powinna wydać zarządzenie o nakazie noszenia maseczek w przestrzeni publicznej. - I zapewnić je obywatelom. Wiadomo, że te chirurgiczne nie dają 100 procent gwarancji przed zakażeniem koronawirusem, ale dają to, że jesteśmy bezpieczniejsi dla innych. Zwłaszcza kiedy jesteśmy bezobjawowymi nosicielami, których w Polsce się w ogóle nie bada. A to jest gigantyczny błąd. Powinno się testować ludzi, którzy myślą, że są zdrowi, a są bezobjawowi. Z punktu wiedzenia łańcucha epidemicznego oni są szczególnie niebezpieczni - przekonywał Tomasz Grodzki w rozmowie z Dominiką Wielowieyską.

Według marszałka Senatu w Polsce są możliwości testowania osób, u których nie występują ostre objawy zakażenia koronawirusem. - Nie wiem, dlaczego tak się nie dzieje. Na początku w ogóle zniechęcano też do testów. To było kompletnie niezrozumiałe. Są prywatne laboratoria, które po kosztach wykonałyby te badania, chętnym, którzy czują się dobrze, ale chcą sprawdzić, czy są bezpieczni dla swoich bliskich. Korea i Niemcy poszły takim tropem. Jestem zdziwiony, że Polska się temu opiera - dodał. 

"Pierwszy pacjent z koronawirusem 4 marca to fikcja"

Dominika Wielowieyska dopytywała, czy Tomasz Grodzki podziela zdanie części swoich partyjnych kolegów, że rząd zaniża statystki związane z zakażeniami koronawirusem. Marszałek Senatu odpowiadał, że "biurokracja nigdy nie nadąży za życiem". - Sprawozdawczość może kuleć, ale czy intencjonalnie, tego nie wiem. Wiadomo, że wielu krajach przyjmuje się, że liczba zakażonych jest dwu-trzykrotnie większa (niż oficjalnie dokumentowana - red.). W Polsce obawiam się, że tych zakażonych może być nawet cztery-pięć razy więcej. Jak pani porozmawia z lekarzami rodzinnymi, starymi wyjadaczami, to oni już w grudniu i na początku stycznia widzieli takie dziwne przebiegi czegoś, co brali za grypę. Suchy kaszel, gorączka. Nikt tego nie raportował, ale prawdopodobnie ten pierwszy pacjent 4 marca to jest fikcja - ocenił Tomasz Grodzki. To właśnie tego dnia, przypomnijmy, poinformowano o zakażeniu mężczyzny z województwa lubuskiego, który wrócił do Polski z karnawału w Niemczech

Marszałek Senatu komentował też doniesienia dotyczącego tego, że aż kilkanaście procent pracowników medycznych jest zainfekowanych wirusem. Nie podziela opinii, że to wina ich własnych zaniedbań czy lekceważenia procedur.  - To zadaniem rządu jest zabezpieczenie personelu medycznego w środki ochrony medycznej. Nie jest przypadkiem, że odsetek zakażonych koronawirusem, którzy są pracownikami systemu zdrowia, jest niepokojąco wysoki. To jest cały łańcuch tego chaosu i zlekceważenia epidemii - ocenił polityk Platformy Obywatelskiej.

"10 maja nawet pół miliona zakażonych"

Zdaniem Tomasza Grodzkiego, wybory prezydenckiego 10 maja nie mogą się odbyć. - Rozmawiałem z wybitnymi zakaźnikami i epidemiologami. Oni mają wyliczenia, że w optymistycznym wariancie rozwoju epidemii 10 maja będzie 40 tys. zakażonych, a w pesymistycznym pół miliona. Zapomnijmy o jakichkolwiek wyborach. To jest jedyny kraj, który zamiast walczyć z epidemią, to zajmuje się wyborami - mówił marszałek Senatu.

Krytykował też pomysł PiS z głosowaniem korespondencyjnym dla wszystkich, którym dziś zajmować się będą posłowie. - Przecież tam też będą masy ludzi, mnóstwo papieru i duże ryzyko. To, co robi PiS, to zakłamywanie rzeczywistości i żądza władzy. Jeżeli uratujemy jedno życie ludzkie, przenosząc wybory na późniejszy termin - a prawdopodobnie wiele ludzkich istnień tak uratujemy, to mieliśmy rację - stwierdził gość TOK FM.

Dominika Wielowieyska dopytywała, co zrobi Senat, jeśli zaproponowane przez PiS zmiany w Kodeksie wyborczym przegłosuje Sejm. Marszałek Grodzki odparł, że liczy na to, iż już w Sejmie "przyjdzie opamiętanie" i ten pomysł zostanie zatrzymany. - Jeżeli jednak trafi do Senatu, to jest oczywiste, że wykorzystamy wszystkie możliwości konsultacji, żeby senatorowie mogli wyrobić sobie odpowiednie zdanie, jak głosować. Domniemam, że może 30 dni to minimalny czas, jaki nam na to zejdzie - mówił Grodzki. 

- Najlepszy scenariusz, to ogłoszenie stanu klęski żywiołowej i przeniesienie wyborów zgodnie z jego regułami. Nie trzeba automatycznie stosować wszystkich restrykcji, jakie zapisano w ustawie, należy je dostosować od stanu klęski. Niektóre teraz używane, są ostrzejsze niż te z ustawy o klęsce, np. grzywny do 30 tysięcy za złamanie kwarantanny - podsumował marszałek Senatu. 

DOSTĘP PREMIUM